Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cieszyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cieszyn. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 maja 2010

Pasjonauci polecają Śląskie: Poleśniki.

Chciałbym dzisiaj przywitać na moim blogu Myszę Klapsiarę z jednego z moich ulubionych blogów – knedlik.pl – bardzo się cieszę, że wreszcie będę miał na blogu jakiś wartościowy wpis. A ja idę urzędować dziś do niej. Myszo – blog twój!

Dzisiaj będzie nietypowo, bo gotuję nie u siebie. Razem z Mico na chwilę zamieniliśmy się miejscami. I w ramach promocji kuchni śląskiej postaramy się wspólnie zmierzyć z jednym z cieszyńskich przepisów. Ale zanim pokażę wam to, co udało mi się przygotować, dziękuję Mico za wpuszczenie mnie do swojej kuchni. Gościnne gotowanie sprawiło mi naprawdę wielką frajdę!

Do tej pory z bogatej regionalnej kuchni Śląska Cieszyńskiego znane mi były tylko malutkie ciasteczka, wypiekane w okresie świąt Bożego Narodzenia, a dzięki Mico wiem już co to są szlajszki, murzin czy poleśniki. Te ostatnie zaintrygowały mnie nie tylko swoją nazwą, ale i sposobem przygotowania. Bo choć podawane na słodko, z masłem, śmietaną, cukrem lub piernikiem, pieczone są na… liściach kapusty. Z tego też powodu poleśniki (zwane też poliźnikami) są raczej potrawą sezonową, bo kapustę zbierano późnym latem lub jesienią.
My pokusiliśmy się o przygotowanie poleśników z użyciem młodej kapusty i jak na moje oko, wyszło całkiem nieźle. Ale ekspertem nie jestem, bo i poleśniki jadłam pierwszy raz w życiu… :)


Tradycyjnie poleśniki wypiekane były przy okazji żniw i dożynek, podczas szkubaczek i łuskania fasoli. Podawane jako danie główne, miały swoje dwie wersje. W nizinnej części Śląska Cieszyńskiego przygotowywano je z ciasta drożdżowego, w górach natomiast zamiast mąki używano tartych ziemniaków. Zgodnie ze wskazówkami Mico i przepisem przez niego podanym, przygotowałam drożdżową wersję cieszyńskich placków i poniżej to, co mi z tego wyszło….

A wyszło coś bardzo smacznego :). Jeśli chodzi o moje subiektywne wrażenia, to poleśniki umieściłabym gdzieś pomiędzy kluskami na parze a domową drożdżówką. Nasiąknięte masłem, słodkie od cukru i piernika, miękkie, ale sprężyste. Pachnące świeżym ciastem drożdżowym z lekkim tylko aromatem duszonej kapusty. Naprawdę bardzo smaczne. A najlepszy jest piernik. Że też nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby tradycyjne pampuchy posypać korzennym i okruszkami! Polecam!


Poleśniki
  • 1/2 litra mleka
  • 2 łyżki cukru
  • 20 g świeżych drożdży
  • 350 g mąki pszennej
  • 1 duże jajko
  • sól
  • zewnętrzne liście kapusty
  • masło
  • cukier
  • pokruszony piernik

Przygotować rozczyn – 250 ml mleka, łyżkę cukru, 150 g mąki i rozkruszone drożdże wymieszać ze sobą i odstawić do podwojenia objętości. Po tym czasie dodać resztę mąki, cukru, mleka, jajko, szczyptę soli i wyrobić dosyć luźne ciasto. Pozostawić do wyrośnięcia na 30 minut. Wyrośnięte ciasto rozsmarować cienko na umytych liściach kapusty (można je też sparzyć), piec około 15-20 minut w temperaturze 180 stopni C. (Upieczone poleśniki mają lekko brązowy kolor, a kapusta z łatwością odchodzi od placków). Gotowe poleśniki podawać polane masłem i posypane cukrem i pokruszonym piernikiem. Można ja również polać słodką śmietaną i posypać cynamonem.

W planach miałam jeszcze zupę piwną, ale niestety nie dałam rady jej przygotować. Tutaj więc odsyłam was do wpisu Mico, który obok poleśników przygotował jeszcze jeden cieszyński specjał. Zapraszam serdecznie i życzę smacznego!

mysza klapsiara

dodajdo.com

środa, 27 maja 2009

Dymfok.

To był niezwykle udany tydzień urodzinowy, kulminacja jego miała miejsce w weekend, kiedy to zjechali przyjaciele z życzeniami, prezentami, ale to co najistotniejsze, to to, że po prostu byli. A w niedziele wszyscy razem świętowaliśmy na wielkiej imprezie ogrodowej. Niesamowite jest to, że jeszcze 4-5lat temu nikt z nas by nie pomyślał, że ponad połowę świętujących urodziny kogokolwiek z nas, będzie stanowiła ogromna chmara rozbrykanych dzieciaków. No cóż… czas leci, taki życia krąg.
Postanowiłem pochwalić się niezwykłym tortem – nie ja go robiłem, tylko dostałem, ale jak widzicie na zdjęciach jest nierozerwalnie związany z tym blogiem, więc grzechem byłoby nie umieszczenie go tutaj. Autorka tego niesamowitego dzieła nie prowadzi niestety żadnego bloga kulinarnego [na razie], żebym mógł do niej odsyłać, czego niezmiernie żałuję, bo prawda jest taka, że jeśli chodzi o torty, ciasta, ciasteczka i inne słodkości, to potrafi cuda. Dla dociekliwych mogę tylko dać wskazówkę, że takie talenty można czasem odnaleźć wśród mniamowiczów.


Bardzo dziękuję wszystkim za ten niezwykły tydzień i za wspaniałą imprezę w niedzielę. No i za prezenty – to niby najmniej ważne, ale prawda jest taka, że już dawno nie byłem tak ubłogosławiony przeróżnymi dobrami materialnymi jak w ciągu tego tygodnia ;)



A teraz do tytułu – co to, kurka, jest ten dymfok? Otóż na Śląsku Cieszyńskim tak mówi się na specjalny kociołek stawiany bezpośrednio na ognisku, szczelnie zamykany od góry, w którym przyrządza się potrawę która z resztą wzięła swą nazwę od naczynia. Tak więc dymfok to zarówno kociołek – bardzo podobny do węgierskich kociołków ogniskowych – najczęściej ciężki, żeliwny; jak i potrawa w nim ugotowana.
W tradycji Cieszyńskiej dymfok był mocno związany z zielonymi świątkami, czyli dniem pięćdziesiątnicy – zesłania ducha świętego. Wtedy oprócz nieodłącznej jajecznicy z ogniska spożywało się również na świeżym powietrzu ową potrawę.


Na dymfoka oprócz kociołka potrzebujemy:
  • Kapustę świeżą – ważne, żeby miała duże i w miarę elastyczne liście.
  • ok. 2 kg ziemniaków
  • kilka marchewek
  • pietruszka
  • ze 4 cebule
  • kiełbasa
  • boczek.
  • ew. słonina
  • sól,
  • pieprz.

Ziemniaki oczywiście obieramy, i kroimy w plasterki - to najbardziej czasochłonna część pracy. Podobnie postępujemy z marchewą i pietruszką. Kiełbasę, boczek i słoninę też kroimy w plastry.
Kociołek wykładamy liśćmi kapusty. Następnie warstwami układamy boczek, ziemniaki i marchewkę, cebulę, kiełbasę, i tak aż zapełnimy kociołek. Jeśli mamy słoninę, to dobrze położyć ją jako pierwszą warstwę i układać na bokach – wytopi się z niej w ten sposób tłuszcz, który uchroni również kapustę przed przypaleniem. Oczywiście warstwy przesypujemy również solą i pieprzem – oraz innymi przyprawami, jeśli mamy taką chęć. Kiedy kociołek jest już pełny staramy się ugnieść wszystko ręką i ułożyć jeszcze jakieś warstwy na górę – podczas pieczenia wszystko się skurczy – więc będzie jedzenia trochę mniej niż nam się teraz wydaje. Jako ostatnią warstwę kładziemy liście kapusty – w ten sposób cała nasza potrawa jest otoczona ze wszystkich stron kapustą.
Zakręcamy pokrywę i stawiamy w ogniu na ok. godzinę – półtorej – co jakiś czas dobrze sprawdzić jak postępy. Ogień nie może być za duży, żeby nam się kapusta nie spaliła, bo cała potrawa nabierze mocnego smaku spalenizny. Z kolei jeśli będzie za mały, to będziemy czekać wiecznie na jedzenie.


Powiem szczerze – nie spotkałem jeszcze osoby, która by nie lubiła dymfoka. Jest to również niezwykle miła odmiana po standardowym grillu – a też polega na wspólnym pobycie na świeżym powietrzu i zgromadzeniu dookoła pierwotnego poniekąd ognia.
Bardzo serdecznie polecam każdemu kto wybiera się do ziemi cieszyńskiej znalezienie miejsca gdzie mogli by tego spróbować. A każdemu kto się nie wybiera polecam zakup takiego kociołka, bo to niezwykle fajna sprawa, a w środku można przecież zrobić nie tylko dymfoka, ale poczynając od gulaszy, przez pieczenie na zupach kończąc prawie wszystko co się nam zamarzy.



Ps. Bardzo dziękuję Cinowi za zdjęcia.

dodajdo.com
Blog Widget by LinkWithin