Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zupa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 listopada 2010

Krem oscypkowy.

Tak, proszę państwa, oscypek – polska duma narodowa, więc nie mogło go zabraknąć na akcji „gotujemy po polsku" której patronuje serwis Z pierwszego tłoczenia. Leżały te małe oscypeczki w lodówce i się prosiły, żeby coś z nimi zrobić, a jako, że jeszcze nam zostało kaczki z wczoraj , więc poszukiwałem czegoś bardziej na przystawkę, starter, zupę czy danie pierwsze. I w ten sposób wymyśliłem strasznie fajny krem oscypkowy.


  • 0,5 selera
  • 5 małych oscypków
  • Łyżka masła
  • 200 ml. śmietany 30%
  • 300 ml śmietany 18%
  • Łyżeczka chrzanu tartego
  • Sól,
  • Pieprz.

Selera kroimy w drobne słupki lub julieny, i dusimy na maśle aż zmięknie. Dolewamy śmietanę 30%, chwilkę razem gotujemy, dodajemy posiekane drobno oscypki. Gotujemy razem aż oscypki zaczną się roztapiać, a śmietana zgęstnieje do konsystencji sosu. Dodajemy śmietanę 18% i łyżeczkę chrzanu tartego. Na bardzo małym ogniu gotujemy jeszcze jakieś 5 min aż większość oscypków będzie miękka lub się po prostu roztopi. Doprawiamy solą i pieprzem.


Ja zrobiłem miseczki z ciasta kruchego i w nich podałem krem – fajnie to razem wyglądało, a i smakowało razem nieźle. Chrzan świetnie orzeźwia mocny smak oscypka, seler go dopełnia a w ustach zostaje śmietanowo – maślany posmak.


Nawet moja żona, która oscypka jakoś specjalnie nie uważa, stwierdziła, że bardzo smaczne i sobie 3 razy dolewała, ja z resztą podobnie. Tej kaczki wczorajszej znów nie dojedliśmy do końca.

Gotujemy po polsku!

Ps. Przepraszam, że zdjęcia są takie „za mgłą” ale dopiero teraz zauważyłem, ze któryś kuchcik bawił się aparatem i cały obiektyw pięknie wypalcował.

dodajdo.com

wtorek, 15 grudnia 2009

Krem łososiowy.

Niektórzy mówią, że moje dwa kuchciki, to jedyne co mi się udało w życiu zrobić, co ma ręce i nogi. Otóż ten krem łososiowy, który ostatnio wymyśliłem zadaje kłam tej oszczerczej tezie. No, może nie do końca, bo rąk ani nóg ten krem nie posiada, ale z pewnością należy do tych rzeczy które mi w życiu wyszły. Pewnie nie aż tak jak kuchciki, ale nad kremem pracowałem sam, a nad kuchcikami… no nie ważne z resztą, w każdym bądź razie wiadomo powszechnie, że co dwie głowy to nie jedna… ojjjj… chyba się tylko pogrążam.


  • Łososia wędzonego 200g.
  • 3 łodyżki selera naciowego
  • Łyżka masła
  • 250g śmietany 30%
  • 200g śmietany 18%
  • 100g sera pleśniowego typu camembert
  • Sos Worcester
  • Sól, pieprz.

Szalenie prosta sprawa. Masło roztapiamy w rondlu. Seler naciowy siekamy w dosyć drobne pół-plasterki i dusimy na tym maśle, z 5 min. Po tym czasie dolewamy ok.1/3 śmietany 30%. Dusimy, aż śmietana zredukuje swoją ilość do połowy a seler zacznie mięknąć. Siekamy drobno łososia, wrzucamy do selera. Razem dusimy znowu ok. 5 min. po tym czasie dorzucamy pokrojony w kosteczkę camembert, czekamy aż się roztopi, dolewamy resztę śmietany 30% i śmietanę 18%. Doprawiamy solą i pieprzem, sosem Worcester i gotujemy na niewielkim ogniu jeszcze z 10min. Jeśli zależy nam na naprawdę kremowej konsystencji, to możemy na koniec „bziuuukiem” wszystko zmiksować. Ja tak zrobiłem. Ale tak naprawdę zależy to od tego, jakiej konsystencji oczekujemy, bo osobne kawałeczki łososia i lekko chrupkiego selera też mają swój urok.



Ja podałem to w miseczkach zrobionych z kruchego ciasta [dlatego też mi zależało na właśnie takiej a nie innej konsystencji]. Kruche ciasto zrobiłem wg. propocji:
30 dkg mąki
18 dkg masła,
Szczypta soli, szczypta cukru.
Łyżka zimnej wody.

Posiekane masło wyrobiłem z przesianą mąką, pod koniec, aby uzyskać sprężystą, jednolitą formę dodałem łyżkę zimnej wody. Wyrobione uformowałem w kulę, zawinąłem w folię i do lodówki na pół godziny. Nagrzałem piekarnik na 180 oC. Ciasto rozwałkowywałem na placuszki o średnicy ok. 10 cm i wyklejałem nim wysmarowane masłem foremki do muffinek. Wystających brzegów nie obcinałem, tylko starałem się jakoś ładnie uformować. Do piekarnika na ok. 20min. Miseczki gotowe.



Do miseczek nalewamy krem, możemy ozdobić odrobiną pietruchy, lub koperku.
Wynosimy do pokoju, gdzie znajdują się goście, goście są zachwyceni wyglądem, zjadają wszystko mrucząc cały czas pod nosem, a później nam kursują cały czas do kuchni z tymi ciastowymi miseczkami w rękach, żeby im jeszcze nalać do środka tego pysznego kremu.
No i co ja mam zrobić? No nalewam normalnie.
dodajdo.com

niedziela, 25 października 2009

Baranio-dyniowa, jesienna zupa pasterska.

Zniknąłem ostatnio, przepadłem, wsiąkłem, nie było mnie i nie było. Nie jest łatwo łączyć pracowanie i blogowanie. Pracowanie i gotowanie, jeszcze jakoś, ale jeszcze blogowanie… ech… A ponadto, kocham swoją pracę, ale prawda jest taka, że komputer na dłuższą metę wysysa życie… i jeszcze jesień do tego... ech…
No! Dość tych utyskiwań.
Dynie mi moi kochani wyrosły jakieś takie nijakie. Na ozdobę chyba… małe takie, a twarde jak pierón. Ja się spodziewałem wielkich pękatych kul, a tutaj jakieś tykwy za przeproszeniem. Więc dumałem długo jakby te dziady jedne spożytkować, a jako, że napatoczyła mi się skądinąd baranina, to wydumałem. Zupę! Gulasz taki właściwie… Nazwałem sobie to to jesienna zupa pasterska – no bo tak sobie pomyślałem, że jakbym był pasterzem i dorwał gdzieś kawałek dyni, to na pewno bym właśnie taką zupę popełnił, coby mnie grzała w jesienne wieczory, że hej!


  • 0,5 kg. Mięsa baraniego na gulasz.
  • 1 kg wydrążonego miąższu z dyni.
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżeczki rozmarynu
  • 2 łyżki octu
  • 2 łyżki oliwy
  • 0,5 litra wody
  • łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki papryki słodkiej
  • Łyżeczka papryki ostrej
  • 3 łyżki keczupu
  • Szczypta majeranku
  • Parę ziaren ziela angielskiego
  • 2 liście laurowe
  • 200g śmietany 12lub18%
  • 1 kopiata łyżka mąki.

Mięso kroimy w kostkę, czosnek wyciskamy do rozmarynu, dodajemy ocet i oliwę, w tej mieszance obtaczamy mięso i odstawiamy do lodówki na ok. godzinkę, półtorej. Ja oczywiście wciąż używam suszonego rozmarynu, z powodu, że dziadostwo mnie nie lubi i nie chce u mnie rosnąć i schnie i co tylko, a nowych, z przemrożonych nasion jeszcze nie wyhodowałem. Ale jeśli ktoś ma świeży rozmaryn to tym lepiej dla niego.

W garnku rozgrzewamy oliwę i wrzucamy na nią mięso, smażymy ze wszystkich stron. Dorzucamy miąższ z dyni pokrojony w kosteczkę, czy jak tam wam wyjdzie - ja wydłubywałem z tej dyni łyżką, więc był w takie … hmmm… piórka bym powiedział. Dusimy razem na średnim ogniu, ok. 10-15min. aż dynia zacznie mięknąć. Następnie dolewamy wodę, i dosalamy całość. Dorzucamy tez przyprawy – liście laurowe, ziele angielskie, paprykę i majeranek. Gotujemy jakieś 20 min. mieszając co jakiś czas. Po tym czasie dodajemy jeszcze keczup. Ja dałem 3 duże łyżki – ale zależy od waszego smaku. Gotujemy jeszcze chwilkę. W międzyczasie dynia powinna się prawie całkiem porozpadać zagęszczając naszą zupę. Odławiamy liście laurowe i ziele angielskie.
W miseczce mieszamy śmietanę z mąką i wlewamy całość do zupy. Dokładnie mieszamy, gotujemy na małym ogniu z 5 min, po czym rozlewamy do miseczek i podajemy.


Ja te małe dynki wziąłem i wydrążyłem i zrobiłem z nich takie miseczki – w nich właśnie podałem tą zupę. Oczywiście wywołało to ogólny zachwyt, bo trzeba przyznać całkiem fajnie wyglądało, ale tak szczerze – nie miało wpływu na smak, więc jak takich nie macie, to się nie przejmujcie wcale.
Połączenie aromatów rozmarynowo –czosnkowych świetnie sprawdza się w kompilacji z baraniną, razem przełamując dyniową łagodność, czy nawet lekką mdłość chwilami. Całkiem mi to odpowiadało muszę przyznać i goście też zadowoleni bardzo byli. No i dobrze, tyle przynajmniej pożytku z tych dyniów – dziadygów niewyrośniętych było.
A wy jak kiedyś dostaniecie od kogoś nasiona dyni, to się upewnijcie co to za rodzaj i czy na pewno duże i ładne dynie do jedzenia z tego będą, czy może to jakaś kolejna odmiana ozdobnych nie jest…


dodajdo.com

czwartek, 2 kwietnia 2009

Fasolowa zupka z kleksem szpinakowym

Pierwszy kuchcik obudził się po południu w złym humorze. Płakał i nic go nie pocieszało. Ani rzucanie kamieni na drogę, ani przewiezienie taczkami, ani powrót do domu, ani zostanie na zewnątrz. Dopiero propozycja, że on usiądzie, napije się herbatki i obejrzy sobie bajkę a ja za ten czas przygotuję dla nas zupkę, troszkę go udobruchała. Fasolowa? Tak, fasolowa.
No to dobra.


  • Puszka fasolki czerwonej
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżki kukurydzy konserwowej
  • 2 łyżki groszku
  • Kostka bulionowa
  • 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego,
  • łyżeczka keczupu
  • 3 brykiety szpinaku
  • Łyżeczka śmietany 18%
  • Sos sojowy,
  • Sól,
  • pieprz,
  • majeranek,
  • zioła prowansalskie,
  • mielony kminek,
  • curry.

Cebulkę i czosnek posiekałem i w garnku na oliwie przesmażyłem. Kiedy się ładnie zeszkliło odłożyłem sobie z tego 1 łyżkę „na potem”. Fasolkę z puszki lekko odcedziłem i do gara ją. Z wczorajszego obiadu zostało trochę groszku i kukurydzy więc pomyślałem sobie, że dorzucę bo i pierwszy kuchcik lubi obydwa i w misce ładnych kolorów nadaje. Wszystko chwilkę się dusi, a ja za ten czas poszukuję w zamrażalniku moich kostek bulionowych. Znalezione. Przy okazji odkrywam, że zapas się kończy. Trzeba będzie znów narobić.
Kostka bulionowa do gara, uzupełniam wodą, gotuję. Duża szczypta majeranku i mielonego kminku. Odrobina ziół prowansalskich. Koncentrat pomidorowy i keczup.

Na patelenkę wrzucam 3 brykiety szpinaku. To jest coś co lubię w szpinaku w brykietach – nie muszę rozmrażać całego opakowania, jeśli potrzebuję tylko trochę. Szpinak się roztapia na oliwie, ja dorzucam cebulkę z czosnkiem która wcześniej sobie odłożyłem. Odrobina sosu sojowego, kminku i duża szczypta curry. Smażę chwilkę.

Do zupy sól i pieprz do smaku.

Do szpinaku jeszcze łyżeczka śmietany, chwilkę jeszcze przesmażam, żeby zgęstniało.

Do misek wchlupuję po 2 duże chochle zupy. Na wierzch kleks ze szpinaku. Ale się kolorowo zrobiło. Do tego po kromce ciabatty.


Pierwszy kuchcik nawet się nie zastanawia – przerywa oglądanie bajki i wskakując na krzesło rzuca mi tylko przez ramię „zatrzymaj mi bajkę!”. Po czym maczając chleb w zupie i urywając spory jego kęs mruczy z pełną gębą „pyyyysny chlebek”. Myślę sobie – o ty niewdzięczniku! Ale na szczęście po przełknięciu nabiera sporą łyżkę zupy i mówi „baaldzo dobla zupa, tato.”
No!
Myślę!

dodajdo.com

wtorek, 31 marca 2009

Krem pieczarkowy serwowany w bułeczkach

Przyjaciele zaprosili nas na obiad. Znacie takie domy, w których obiady zazwyczaj powstają szybko, bez specjalnego wymyślania, a mimo to - a może właśnie dlatego - są fantastyczne? To właśnie jeden z nich. Wiedząc o tym nie chciałem pozostać dłużny i postanowiłem przynieść ze sobą małą przystawkę. Jak pewnie już zdążyliście się zorientować ja mam tendencję do odchylenia w drugą stronę – robienia czasem rzeczy zbyt wymyślnych i przekombinowanych. Ale chyba tym razem się udało nie przesadzić i przystawka wyszła całkiem – całkiem.


Na krem:
  • 40 dkg pieczarek
  • 1 suszony grzyb
  • Filiżanka bulionu wołowego.
  • Tymianek,
  • Sól,
  • Pieprz,
  • 3 ziarnka jałowca
  • 200g jogurtu.
Na bułeczki:
  • 5dkg drożdży
  • Szklanka ciepłej wody
  • 25 dkg mąki pszennej
  • 25 dkg mąki żytniej
  • Szczypta soli.

Pieczarki posiekałem i wrzuciłem do rondla, przesmażyłem na oliwie, mieszając aż zaczęły wypuszczać sok, później dusiłem pod przykryciem. W moździerzu rozkruszyłem 1 suszonego grzyba wraz z 3 ziarenkami jałowca – grzyb wzmocni smak naszego kremu, ale jeśli go nie macie, nic się nie stanie.
Pieczarki się duszą, więc w między czasie nagrzewam piekarnik do 250 oC, a w misce wyrabiam ciasto. Drożdże rozprowadzamy we wodzie. Szczypta soli. Stopniowo dodajemy mąki. Ciasto powinno mieć sprężystą konsystencję, tak, żeby dało się z niego formować kulki – w związku z tym może wam wyjść trochę mniej, albo więcej mąki.
Z ciasta formujemy kulki o średnicy mniej więcej 7 cm. układamy na blasze, przykrywamy szmatką i odstawiamy na 10min w ciepłe miejsce do wyrośnięcia.

W tym czasie doprawiam pieczareczki tymiankiem, solą i pieprzem. Wlewam bulion, duszę, redukując trochę objętość. Zdejmuję z ognia i miksuję całość na gładką, jednolitą masę. Wlewam jogurt i znów zagotowuję.

Bułeczki do piekarnika. Po ok. 15min. powinny być gotowe.
Wyciągamy z piekarnika, jeszcze ciepłym odkrawamy „czapeczki” i łyżką wyciągamy z nich miąższ. Póki bułeczki są ciepłe robi się to bardzo łatwo.
Część miąższu możemy porwać na małe kawałeczki i dorzucić do kremu pieczarkowego. Ja użyłem miąższu z 3 bułeczek.

Pieczary jeszcze raz zagotowujemy, mieszamy dokładnie, żeby pieczywo w środku rozprowadziło się równomiernie, a nie zbiło się w kluchy. Możemy jeszcze posypać majerankiem jak ktoś lubi.



Krem wlewamy chochelką do bułeczkowych miseczek, ozdabiamy z góry jakąś zieleniną. Podajemy.
Bardzo fajny starter przed obiadem właściwym. A jeśli bułki zrobimy większe, to możemy również podać jako pierwsze danie. No i samego kremu też można wtedy więcej.

Z tego miejsca pragnę również podziękować naszym gospodarzom, za to, że nie patrzyli na mnie krzywo, jak skakałem z aparatem po ich kuchni, nie pozwalając im zjeść przystawki dopóki nie strzelę fotek. I za przepyszne spaghetti.
dodajdo.com
Blog Widget by LinkWithin