Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baranina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baranina. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 stycznia 2010

Gulasz barani na łożu warzywno – buraczanym z przesmażanymi ziemniakami.

Jak ostatnio pisałem – są ludzie, w których towarzystwie nie jest najistotniejsze co jemy, bo wspólnie zjedzony najprostszy i najzwyklejszy posiłek urasta do rangi fantastycznej, wykwintnej kolacji. Ale wiecie co? Oprócz tego wszystkiego są jeszcze ludzie, w których towarzystwie czujemy się w kuchni zupełnie swobodnie – nie mamy wyrzutów, że teraz się zajmujemy gotowaniem, a goście gdzieś są odstawieni na chwilę na bok. Bo tak po prostu nie jest – rozmowa trwa nadal, siekamy cebulę i rozmawiamy o życiu i kulturze, dodając między słowami przez ramię – „jak siekasz cebulę, to fajnie sobie ją naciąć w taki sposób i później siekasz o tak i od razu masz małe kosteczki, no i szybciutko to idzie.” A kontynuując rozmowę na temat sytuacji społeczno – kulturowej krajów zachodnich i krojąc przy okazji barana wstawiamy dwa zdania na temat tego, że „z baranem jest taki trik, żeby go zamarynować w occie i czosnku, bo wtedy gubi się ten nieprzyjemny „wełniany” posmak”. A ten ktoś nie patrzy na nas pytającym wzrokiem jakby się zastanawiał po kiego grzyba mu to właściwie mówimy, tylko notuje w swojej pamięci. I robi to nie dlatego, że też jest fanem gotowania [chociaż czasem jest] ale z tego samego powodu, dla którego my notujemy coś w pamięci kiedy on opowiada o fotografii, o sztuce, czy swoim życiu.
- Ty, no to co to będzie na ten obiad w końcu?
- Pożywienie - mówiłem ci już przecież.
- kur… ale co?
- ty lepiej nie gadaj tyle, tylko myśl jak temu zrobić fotki!
- to ja mam to fotografować?
- no chyba nie ja – przecież widzisz, że ja już gotuje. A poza tym, to ty jesteś fotografem.
- no dobra…. Ty, no to co to będzie?


  • ok. 1 kg łopatki baraniej.
  • 6 jagód jałowca
  • łyżeczka kminku
  • sól, pieprz
  • 4 ząbki czosnku
  • 3 łyżki octu
  • oliwa z oliwek.

  • 2 cebule
  • Plaster selera
  • Ok. 10 strączków fasoli szparagowej
  • 3 – 4 różyczki brokułów
  • 3 ząbki czosnku
  • Sól, pieprz, oregano
  • 3 buraki marynowane

  • Ok. 8 średnich ziemniaków.
  • Ok. 100 g. masła
  • 2 ząbki czosnku w całości

Mięso kroimy w kosteczkę. W moździerzu rozbijamy razem jałowiec, kminek i z łyżeczkę pieprzu. Dodajemy ok. łyżeczki kopiatej soli. Wszystko razem ucieramy na proszek. Do przypraw wyciskamy czosnek, dodajemy ocet i oliwę i mieszamy, żeby się połączyło. Zalewami tym mięso i mieszamy, żeby wszystkie kawałeczki mięsa były dokładnie obtoczone w zalewie. Odstawiamy na chwilkę na bok, żeby się troszkę przegryzło.
W rondlu rozgrzewamy trochę oliwy, lub oleju, wrzucamy na to mięso i zesmażamy z wszystkich stron, następnie zmniejszamy ogień i przykrywamy pozwalając mięsu się już spokojnie dusić – co jakiś czas mieszamy. [mięso potrzebuje z godzinkę aż będzie miękkie]

Obieramy ziemniaczki podobnej wielkości i kroimy je w ćwiartki i gotujemy w osolonej wodzie. Kiedy już będą miękkawe, ale nie całkiem gotowe [ takie jak makaron al dente ] zdejmujemy z ognia i odsączamy wodę.


W międzyczasie na patelni na rozgrzanej oliwie przesmażamy posiekane cebule, dodajemy posiekany plaster selera, kilka strączków fasoli szparagowej i kilka różyczek brokułów. Sól, pieprz, duuuża szczypta oregano. Wrzucamy posiekany czosnek i dusimy razem.

Wracamy do ziemniaków – wyciągamy pojedynczo, przez rękawiczkę ćwiartki z garnka i widelcem lekko je zadrapujemy z wierzchu – nadamy im w ten sposób ładną strukturę. Tak przygotowane wrzucamy na roztopione na patelni masło, dorzucamy ze 2 ząbki czosnku w całości [nawet z łupinami] i przesmażamy obracając na wszystkie strony, aż nasze ćwiartki ziemniaczane będą rumiane.

Na patelni na której dusiliśmy warzywa robimy trochę mięso i wrzucamy buraczki pokrojone w ósemki [albo pół-ćwiarki – jak kto woli ]. Chwilę smażymy, odgarniając trochę warzywa na bok, żeby nie zafarbowały się na czerwono.

Na talerzach układamy w kóło na przemian ziemniaki i buraki, na nie wrzucamy duszone warzywa, na koniec baraninę.


Oj, to było dobre.
Żona moja twierdzi, że to najlepsza baranina jaką zrobiłem, ja powiedziałem jej, że może jest głodna po prostu i że mi bardziej smakowały zrazy ze skorzonerą. A gość nic nie powiedział, chyba nie miał czasu, bo najpierw strzelał fotki strasznie długo, a później zjadał i tylko uszy mu się trzęsły.
To chyba dobrze…

Raz jeszcze ogromne dzięki dla Wojtka Iskierki za fotografie.

dodajdo.com

środa, 13 stycznia 2010

Wspomnienie sylwestra i noworoczny schab z brzoskwiniami.

Matko droga, ojcze z córką!!! Ileż to można czekać, żeby się ktoś wreszcie zlitował i wrzucił coś na tego OlivendFlauera…
Ech, się było porobiło – kuchcik pierwszy się rozchorował w sam nowy rok, a później za nim my wszyscy kolejno. Przez to wszystko zapomniałem zupełnie o tym schabie co żem go w nowy rok gościom na obiad zaserwował.
Ale najpierw zostałem zobligowany do napisania, że na sylwestra mieliśmy udziec barani nad ogniskiem pieczony. Natrzaskali tych fotek, a później mi gadają, że oczekują, że to się pojawi na tym sławetnym blogu. No więc, żebyście wiedzieli – pojawi się. Zdjęcia dość hardcorowe, więc co wrażliwsi niech od razu przejdą do schabu.
A co do samego barana, to nie będę pisał jak go tam przyprawiałem z kilku względów – pierwszy i najważniejszy jest taki, że właściwie to zapomniałem com tam do niego wsypał, a inne względy zachowam dla siebie.


Niektórzy twierdzili, że ten baranek, to prawdziwie duchowa strawa była, że w czasie pieczenia jakieś dziwne rzeczy się działy, że dusza z niego wyszła, czy cuś.


Wisiał tak nad tym ogniem ze dwie godziny jak nic i wisiałby i trzecią, ale się wzięło i rozlało rzęsistym deszczem [gdyby ktoś nie wierzył, to jeszcze raz powiem – tak, to był sylwester, czyli 31 grudnia, a my byliśmy na południu polski, a nie w Anglii. Dobrze przynajmniej, że pioruny nie trzaskały] no i musieliśmy tego udźca do brytfanny załadować i do piekarnika, żeby sobie doszedł. Muszę wprost powiedzieć, że bardzo dobre to było sylwestrowe danie, z grzańcem winnym smakował wyśmienicie. A na grzańca samego to też wam kiedyś mój pomysł poddam, ale to innym razem, jak fotek cudnych napstrykam.



Dobra to teraz do schabu przystąp!

  • Z 1kg schabu bez kości.
  • 3-4 połówki brzoskwini z puszki

  • łyżeczka pieprzu kolorowego
  • łyżeczka ziaren kolendry
  • 1/2 łyżeczki kminku
  • Odrobina gałki muszkatołowej
  • Łyżeczka curry
  • Łyżeczka tymianku
  • 2-3 ząbki czosnku
  • Sól [z łyżeczka]
  • Oliwa z oliwek
  • Syrop spod brzoskwiń.
  • Odrobina startej skórki cytrynowej.


Pieprz, gałkę, kolendrę i kminek tłuczemy razem w moździerzu, dodajemy curry, tymianek suszony i łyżeczkę soli. Wciskamy czosnek i z pół łyżeczki startej skórki z cytryny. Do tego dodajemy trochę oliwy i syropu spod brzoskwiń, tak, żeby stworzyła się taka pasta konsystencją zbliżona do pasty curry, może trochę rzadsza.

Schab oczywiście płuczemy i oczyszczamy ze wszystkich błon itp. Następnie używając długiego noża robimy w nim dziurę na wylot, podłużnie – tak jakbyśmy go chcieli na rożna jakiego nadziać. Do tej dziury za pomocą długiej łyżki ładujemy odrobinę naszej pasty przyprawowej, a następnie wpychamy ze cztery połówki brzoskwiń. Wyloty tunelu spinamy wykałaczkami, żeby nam te brzoskwinki nie wyskoczyły ze środka.
Teraz wierzch schabu nacinamy lekko nożem, taką kratkę na nim tworząc, czy jaki inny wzór fikuśny, jak kto lubi. A następnie smarujemy dokładnie ze wszystkich stron tą naszą pastą przyprawową.
Przesmażamy szybko z obydwu stron na patelni z rozgrzaną oliwą, następnie przekładamy do brytfanki, czy innego naczynia żaroodpornego, podlewamy trochę wodą i syropem z brzoskwiń i do piekarnika rozgrzanego na jakieś 200 oC na 2 – 2,5 godziny. Podlewać co jakiś czas, jeśli potrzeba a samo mięso oblewać z góry sosem.
No i tyle. Później to już tylko w plastry go, i na talerze.


Bardzo smaczne to było, gościom ponoć też strasznie smakowało, niestety na żywo nie widziałem – tylko relacja z drugiej ręki, bo w tym czasie akurat z pierwszym kuchcikiem zwiedzaliśmy sobie oddziały dziecięce szpitala w naszym mieście, bo jeszcze nigdy nie byliśmy, więc trzeba było się wybrać, żeby obejrzeć, a co!
A wy się zdrowo trzymcie!

A tu jeszcze taka prywata – noworoczne życzenia od psa Bono, który dzielnie strzeże wrót do Olive&Flour.


Ps. Dziękuję bardzo za zdjęcia blendym’owi i sandroli.
dodajdo.com

niedziela, 22 listopada 2009

Pieczeń Barania i ziemniaczki Dauphine

Wiem, wiem - ta baranina to już ostatnio się u mnie tak rozpanoszyła na blogu, że pewnie macie dosyć. Ale co zrobić, jak i żona i goście się domagali. Ale przy okazji wrzucę wam przepis na jedną z moich ulubionych przystawek ziemniaczanych. Oryginalnie to się nazywa ziemniaczki Dauphine, ale niektórzy na to mówią frytki-kulki, w czechach zazwyczaj się spotykam z nazwą „krokiety”, chociaż technicznie rzecz biorąc krokiety ziemniaczane, to trochę co innego. Ale mniejsza o nazwę, fakt jest taki, że za każdym razem jak to zrobię moim gościom, to później, kiedy wracają ponownie dopominają się, żebym im zrobił te takie kuleczki ziemniaczane, te takie pyszne, co kiedyś były.


  • 1,5 kg mięsa baraniego z kością, na pieczeń.
  • 4 łyżki oliwy
  • 4 łyżki octu
  • 5-6 ząbków czosnku
  • 2 kopiate łyżeczki rozmarynu
  • 2 łyżeczki majeranku
  • Szczypta tymianku
  • Szczypta kminku
  • 3 – 4 kuleczki jałowca,
  • Sól, pieprz.
  • 0,2 litra piwa

Na ziemniaczki Dauphine:
  • 1 kg mączystych ziemniaków
  • 50 g masła
  • 70 g mąki
  • 2 lekko roztrzepane jajka.
  • 125 ml wody
  • Olej do głębokiego smażenia.

Mięso oczyszczamy z błon, jeśli jest potrzeba – nacinamy przy kości, żeby później łatwiej było porcjować. Dźgamy gdzieniegdzie mięso nożem, tworząc niewielkie, ale głębokie dziurki. W moździerzu rozbijamy jałowiec razem z rozmarynem i kminkiem, dodajemy majeranek. W miseczce mieszamy oliwę z octem, dodajemy mieszankę ziół, drobno posiekany czosnek. Sól, pieprz. Nacieramy tą mieszanką dokładnie mięso, starając się wetrzeć ją również do dziur, które zrobiliśmy nożem. Wkładamy do jakiejś niewielkiej miski, czy innego naczynia. Resztę bejcy mieszamy z piwem, mięso obkładamy posiekaną w półkrążki cebulą i zalewamy zalewą. Odkładamy w chłodne miejsce na 2-3 godziny.

Po tym czasie mięso wraz z zalewą przekładamy do brytfanny wysmarowanej oliwą, wkładamy do piekarnika nagrzanego na ok. 180 oC i oblewając mięso co jakiś czas sosem spod niego pieczemy jakieś 2 godziny.

Ziemniaki Dauphine nazywane u nas w domu pieszczotliwie dufinkami to jedna z naszych ulubionych form ziemniaków. Chociaż przyznać musimy, że zdarza się ją u nas spotkać raczej rzadko, bo zazwyczaj nie chce się nam bawić z ich przygotowywaniem. Niemniej jednak, jak się już zdecydujemy, to nigdy nie żałujemy.

Najpierw trzeba ugotować ziemniaki, następnie utrzeć je na gładkie pure, odstawić na bok.
Teraz przygotowujemy klasyczne ciasto ptysiowe, czyli na patelni roztapiam masło, wraz ze szczypta soli, wlewam 125ml. wody. Zagotowuję. Ściągam z ognia, i dodaję całą mąkę cały czas mieszając, aż wszystko się połączy na gładką masę. Wstawiam jeszcze na chwilę nad ogień i smażę chwilkę, aż masa zacznie odchodzić od brzegów naczynia. Zdejmuje z ognia i trochę schładzam, zaraz dodamy jajka i chodzi o to, żeby się po dodaniu nie ścięły.
Jajka wlewamy stopniowo, roztrzepując cały czas całość. Początkowo masa zrobi się bardzo rzadka, ale po chwili, w miarę mieszania [ubijania/roztrzepywania – jak komu wygodniej] znów się zagęści.
Ciasto ptysiowe mieszamy z pure, można doprawić trochę solą, ja czasem używam również odrobiny gałki muszkatołowej. Z powstałej masy lepimy kulki wielkości mniej więcej 3 cm.
Kulki smażymy we fryturze na złocisto brązowy kolor.



Dobrze by było do tej pieczeni zrobić jakiś sos, ale ja o tym zapomniałem – wiecie – goście, 4 małych dzieci robiących wieczny hałas, pies, no po prostu mega zakręt. Więc u nas poszło bez sosu, ale go brakowało szczerze powiedziawszy. A wystarczyło na bazie tego co zostało pod mięsem coś na szybko machnąć. No cóż – następnym razem.



Ps. Bardzo dziękuję Mafilce za takie oto wyróżnienie z okiem. Jak już kilkukrotnie pisałem przy okazji takich wyróżnień [za które jeszcze raz dziękuję wszystkim wyróżniającym], nie pociągnę łańcuszka dalej, bo mam swoje powody ;) . Oczywiście był jeden wyjątek, ale to tylko, żeby potwierdzić regułę.
Dziękuję raz jeszcze Mafilko i pozdrawiam Cię serdecznie z tego oto miejsca.

PS. Ja tam w powodzie który podała Grażyna nie widzę nic szczególnie zabawnego, prawdę napisała przecież.

dodajdo.com

wtorek, 10 listopada 2009

Zrazy baranie w sosie chrzanowym po polsku ze skorzonerą.

Skorzonera, skorzonera – łaziła za mną, od czasu jak przeczytałem tą dziwną nazwę w starej książce kucharskiej, z kuchnią polska, znalezioną w domu dziadków. A później jeszcze Okrasa w swojej książce napisał o niej, no to już nie zdzierżyłem – zacząłem szukać po wszystkich sklepach, bez skutku oczywiście. Więc wyobrażacie sobie pewnie jaka była moja radość kiedy na wiosnę wybierając nasiona i sadzonki w ogrodniczym znalazłem niepozorną torebeczkę nasion z piękną nazwą „skorzonera” na froncie.
Wyhodowaliśmy więc skorzonerę – zapomniane polskie warzywo, wprawdzie popełniłem kilka błędów przy hodowli i wyszło tego tak naprawdę na spróbowanie, ale za to już wiem, że w przyszłym roku wysieję tego co najmniej kilka rządków. A o samej hodowli napiszę w przyszłym roku, jeśli pozwolicie.

Jak już wyciągnąłem tą skorzonerę z ziemi [zwaną też wężymordem, czarnym korzeniem – sami się domyślcie dlaczego] to pomyślałem sobie, że skoro to takie zapomniane polskie warzywo, to świetnie się nada na akcję „Gotujemy po polsku”, organizowaną przez Irenę i Andrzeja a nad którą patronat objął serwis zPierwszegoTłoczenia.pl.


Tak więc moi drodzy – zraziki baranie [wszak baranina też polska i również jakoś ostatnimi czasy poszła w odstawkę, nie wiedzieć czemu], w typowo polskim sosie podane ze skorzonerą z wody.
Dla 4-5 osób:

  • 0,6 kg ładnej baraniny bez przerostów [np.z grzbietu, albo polędwicy]
  • 2 łyżki oleju
  • 1,5 łyżki octu
  • 3-4 ząbki czosnku
  • Kilka plasterków cebuli
  • łyżeczka majeranku
  • Łyżeczka soli
  • Pieprz,
  • Szczypta kminku.
  • Trochę wody.
  • Trochę mąki do panierowania
  • 250 g. śmietany
  • 2 jabłka
  • Ok. łyżki chrzanu
  • Ok. 0,6 kg Skorzonery
  • Łyżka octu
  • Cukier
  • Sól
  • Masło
  • Bułka tarta.

Baraninę myjemy, obieramy z wszystkich przerostów, błon itd. Kroimy na plastry jak na kotlety, które następnie rozbijamy w dokładnie taki sam sposób.
W miseczce mieszamy posiekany czosnek i cebule, razem z przyprawami i solą, dodajemy olej i ocet. Jeśli marynaty wyszło nam za mało, albo jest za gęsta możemy ją troszkę rozrzedzić wodą. Kotleciki zalewamy marynatą, tak, żeby każdy był w niej zanurzony i na jakieś 2-3 godziny wstawiamy do lodówy.


Rozgrzewamy olej na patelni, kotleciki wyciągamy z zalewy i lekko obtaczamy w mące – ale delikatnie – nie zależy nam na tym, żeby mieć grubą mączną skorupę, tylko bardziej delikatne oprószenie. Wrzucamy na rozgrzany olej i pozwalamy się ładnie zrumienić z obydwu stron. Jeśli macie ich za dużo, żeby wszystkie swobodnie mieściły się na patelni, to lepiej je zrumieńcie na kilka rzutów. Jak wszystkie są rumiane, to wrzucamy już je razem na patelnie i dusimy jakieś pół godziny, możemy dolać pozostałości z zalewy, jeśli nam zostały.

Skorzonerę płuczemy, obieramy i od razu wrzucamy do zakwaszonej octem wody – inaczej czarnieje, następnie gotujemy w wodzie [tylko świeżej, nie tej z octem] z odrobiną soli i cukru, do miękkości.

Jabłka obieramy, wykrajamy gniazda nasienne, kroimy w kosteczkę i mieszamy ze śmietaną. Dorzucamy chrzan. Ja używałem chrzanu świeżego, startego, ma mniej ostry smak [przynajmniej ten mój] dlatego dałem go ok. 2 łyżek, albo i więcej – nadał aromat chrzanowy, ale nie aż taką ostrość. Natomiast jak będziecie używać chrzanu ze słoika, to radzę tylko łyżkę.

Śmietanę wlewamy do zrazików i dusimy jeszcze razem jakieś 10min.

Masło roztapiamy na patelni, część zlewamy, na pozostałości zrumieniamy bułkę tartą.

Skorzonerę odsączamy z wody, wykładamy na talerz, zlewamy masłem i zasmażoną bułką tartą. Zrazy wykładamy obok, okraszając je sosem.
Skorzonera ma smak bardzo podobny do szparagów, może trochę mniej delikatny, bardziej wyrazisty. Szczerze powiedziawszy goście myśleli, że to szparagi, byli lekko zaskoczeni jak im uświadomiłem, co to. Oczywiście też pierwszy raz w życiu słyszeli.



Połączenie tych smaków – rewelacja. Sos chrzanowo-śmietanowo-jabłkowy świetnie wygładzał smak baraniny, ale nadal pozostawiał jej charakter. Skorzonera, która, jak już wspomniałem, jest znacznie bardziej wyrazista w smaku niż szparagi świetnie tu pasowała. Szparagi na ten przykład smakowo by się zgubiły.
Jak na polską kuchnię przystało – świetnie komponowało się z kaszą gryczaną.

Co tu dużo gadać – ja byłem dosyć zadowolony, żona była zachwycona, goście również, nawet pierwszy kuchcik wciągnął wszystko twierdząc, że pyszne. Więc – polecam.

Gotujemy po polsku! - edycja II

dodajdo.com

niedziela, 25 października 2009

Baranio-dyniowa, jesienna zupa pasterska.

Zniknąłem ostatnio, przepadłem, wsiąkłem, nie było mnie i nie było. Nie jest łatwo łączyć pracowanie i blogowanie. Pracowanie i gotowanie, jeszcze jakoś, ale jeszcze blogowanie… ech… A ponadto, kocham swoją pracę, ale prawda jest taka, że komputer na dłuższą metę wysysa życie… i jeszcze jesień do tego... ech…
No! Dość tych utyskiwań.
Dynie mi moi kochani wyrosły jakieś takie nijakie. Na ozdobę chyba… małe takie, a twarde jak pierón. Ja się spodziewałem wielkich pękatych kul, a tutaj jakieś tykwy za przeproszeniem. Więc dumałem długo jakby te dziady jedne spożytkować, a jako, że napatoczyła mi się skądinąd baranina, to wydumałem. Zupę! Gulasz taki właściwie… Nazwałem sobie to to jesienna zupa pasterska – no bo tak sobie pomyślałem, że jakbym był pasterzem i dorwał gdzieś kawałek dyni, to na pewno bym właśnie taką zupę popełnił, coby mnie grzała w jesienne wieczory, że hej!


  • 0,5 kg. Mięsa baraniego na gulasz.
  • 1 kg wydrążonego miąższu z dyni.
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżeczki rozmarynu
  • 2 łyżki octu
  • 2 łyżki oliwy
  • 0,5 litra wody
  • łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki papryki słodkiej
  • Łyżeczka papryki ostrej
  • 3 łyżki keczupu
  • Szczypta majeranku
  • Parę ziaren ziela angielskiego
  • 2 liście laurowe
  • 200g śmietany 12lub18%
  • 1 kopiata łyżka mąki.

Mięso kroimy w kostkę, czosnek wyciskamy do rozmarynu, dodajemy ocet i oliwę, w tej mieszance obtaczamy mięso i odstawiamy do lodówki na ok. godzinkę, półtorej. Ja oczywiście wciąż używam suszonego rozmarynu, z powodu, że dziadostwo mnie nie lubi i nie chce u mnie rosnąć i schnie i co tylko, a nowych, z przemrożonych nasion jeszcze nie wyhodowałem. Ale jeśli ktoś ma świeży rozmaryn to tym lepiej dla niego.

W garnku rozgrzewamy oliwę i wrzucamy na nią mięso, smażymy ze wszystkich stron. Dorzucamy miąższ z dyni pokrojony w kosteczkę, czy jak tam wam wyjdzie - ja wydłubywałem z tej dyni łyżką, więc był w takie … hmmm… piórka bym powiedział. Dusimy razem na średnim ogniu, ok. 10-15min. aż dynia zacznie mięknąć. Następnie dolewamy wodę, i dosalamy całość. Dorzucamy tez przyprawy – liście laurowe, ziele angielskie, paprykę i majeranek. Gotujemy jakieś 20 min. mieszając co jakiś czas. Po tym czasie dodajemy jeszcze keczup. Ja dałem 3 duże łyżki – ale zależy od waszego smaku. Gotujemy jeszcze chwilkę. W międzyczasie dynia powinna się prawie całkiem porozpadać zagęszczając naszą zupę. Odławiamy liście laurowe i ziele angielskie.
W miseczce mieszamy śmietanę z mąką i wlewamy całość do zupy. Dokładnie mieszamy, gotujemy na małym ogniu z 5 min, po czym rozlewamy do miseczek i podajemy.


Ja te małe dynki wziąłem i wydrążyłem i zrobiłem z nich takie miseczki – w nich właśnie podałem tą zupę. Oczywiście wywołało to ogólny zachwyt, bo trzeba przyznać całkiem fajnie wyglądało, ale tak szczerze – nie miało wpływu na smak, więc jak takich nie macie, to się nie przejmujcie wcale.
Połączenie aromatów rozmarynowo –czosnkowych świetnie sprawdza się w kompilacji z baraniną, razem przełamując dyniową łagodność, czy nawet lekką mdłość chwilami. Całkiem mi to odpowiadało muszę przyznać i goście też zadowoleni bardzo byli. No i dobrze, tyle przynajmniej pożytku z tych dyniów – dziadygów niewyrośniętych było.
A wy jak kiedyś dostaniecie od kogoś nasiona dyni, to się upewnijcie co to za rodzaj i czy na pewno duże i ładne dynie do jedzenia z tego będą, czy może to jakaś kolejna odmiana ozdobnych nie jest…


dodajdo.com
Blog Widget by LinkWithin