Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warsztaty kulinarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warsztaty kulinarne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 sierpnia 2010

Tagiatelle z warzywami w sosie śmietanowo-herbacianym – Warsztaty na Święcie Herbaty.

Opóźniona, trzecia część relacji z warsztatów na święcie herbaty. Tagiatelle, które ostatecznie było nawet niezłe, chociaż zupełnie szczerze – w czasie przygotowywania go było kilka wpadek. Pierwsza wpadka, to taka, że [tradycyjnie już chyba] załączając jednocześnie kuchenkę elektryczną, piekarnik i czajnik elektryczny wywaliłem korki, czego nawet nie zauważyłem i makaron zamiast się szybciutko zagotować, to stał w letniej wodzie i rozmiękał. A druga to taka, że chyba zapomniałem gdzie robię warsztaty i na święcie herbaty to będzie sporo takich ludzi, którzy znają się na rzeczy i wiedzą, że herbaty za nic w świecie nie powinniśmy zaparzać w popularnych niegdyś metalowych zaparzaczkach typu „jajko”. Ja oczywiście też wiedziałem, ale jakoś mnie zupełnie zaćmiło i sam nie wiem czemu tak właśnie postąpiłem… Cóż. Życie. Pomysł na to danie popatrzyłem na stronie foody.pl, gdzie było prezentowane z herbatą smakową – orientalną, ale ja odrobinę je przerobiłem.


  • 300 g. tagiatelli
  • 10 zielonych szparagów [ ja niestety użyłem szparagów ze słoika – pora roku już nie taka]
  • 1/ 2 kalafiora
  • 1/ 2 brokułu
  • 150 g marchewki
  • 250 ml. śmietanki 30%
  • 2 łyżki masła
  • Parmezan
  • Herbata zielona – ok. 2-3 łyżeczek

Więc teoretycznie sprawa jest prosta – śmietankę doprowadzamy do wrzenia, następnie dodajemy herbatę i gotujemy kilka minut. Jeśli herbata jest liściasta dobrze użyć np. kawałka gazy i zawinąć herbatę w nią, żeby nam nie pływała w całej śmietanie – jak już wspominałem wcześniej używanie metalowych zaparzaczek nie wskazane. W między czasie stawiamy wodę na makaron i gotujemy go al’dente. Warzywa kroimy wg uznania – jeśli się prowadzi warsztaty, to warto sobie pewne rzeczy przygotować wcześniej, bo przy krojeniu już trzeciej marchewki w julieny zaczyna brakować tematów do opowiadania warsztatowiczom, a do końca jeszcze daleko. Następnie je blanszujemy – czyli wrzucamy do wrzątku na chwilkę, a zaraz potem do zimnej wody z lodem. I znów – jeśli prowadzimy warsztaty, to warto zadbać o to, żeby czajnik gotujący wodę nie wywalił nam prądu, bo wrzątek wtedy jest średnio wrzący. Szparagów ze słoika oczywiście nie blanszujemy, bo w ich przypadku nie ma to żadnego sensu, jeśli są twardawe, to możemy je przegrillować na patelni grillowej. Wszystkie warzywa razem przesmażamy na maśle, a następnie zalewamy sosem herbaciano – śmietanowym i gotujemy kilka minut, aż uzyskamy pożądaną konsystencję sosu. Doprawiamy solą i pieprzem. Na talerz wykładamy porcję tagiatelle, na niego nasz sos warzywny, z wierzchu posypujemy świeżo startym parmezanem.


To jest naprawdę dobre danie, bardzo żałuję że na warsztatach przez te wszystkie okoliczności wypadło tak blado przy łososiu i ciasteczkach, ale cóż – z takimi imprezami to jest tak, że albo wszystko idzie doskonale i jest się przez wszystkich wychwalanym, albo się dużo uczy. Ja przy tym tagiatelle bardzo dużo się nauczyłem, na szczęście pozostała część na tyle się podobała, że i tak spotkała mnie ta pierwsza opcja.

Na warsztatach zaprezentowałem te 3 potrawy, ale na drugi dzień jeszcze przygotowywałem dla wolontariuszy mały poczęstunek i kilkoma potrawami stamtąd będę chciał się z wami podzielić w najbliższym czasie, tym bardziej, że część z nich była nietypowa jak dla mnie – bo w wersjach vege. A co do święta herbaty, to zapraszam was gorąco za rok – bo to wspaniała impreza. A całkiem możliwe, że znów będziecie mogli mnie tam spotkać uwijającego się przy kuchni.
dodajdo.com

środa, 28 lipca 2010

Łosoś w zielonej herbacie – Warsztaty na Święcie Herbaty.

Wiem, że wielu z was czeka na opisanie tej rybki i nie dziwię się, bo to przepis strasznie smaczny i na dodatek bardzo prosty i stosunkowo szybki. Na warsztatach przygotowałem go na końcu, ale w związku z tym, że niektórzy z was domagali się koniecznie tego przepisu jak najszybciej, więc wrzucam już teraz.
Pomysł na tą rybkę zaczerpnąłem z serwisu foody.pl, gdzie był łosoś w białej herbacie, troszkę go zmodyfikowałem, uznałem przede wszystkim, że biała herbata jest dosyć delikatna, a mi jednak zależało, żeby tą herbatę było czuć – w końcu warsztaty miały tytuł „Herbata w Kuchni” i odbywały się na święcie herbaty, co samo w sobie już jest zobowiązujące – więc użyłem zielonej herbaty wietnamskiej.

  • 4 filety z Łososia,
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 por
  • Ok. 1 cm świeżego imbiru
  • Ze 4 plasterki cytryny
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 3-4 łyżki białego wina półsłodkiego
  • Ok. łyżeczki – półtorej zielonej herbaty liściastej
  • Ok. 1 łyżki mąki ziemniaczanej
  • Oliwa z oliwek
  • Sól, pieprz.

Na początek gotujemy ok.2 szklanek wody i odstawiamy na 2-3 minuty [woda którą zalewamy herbatę powinna mieć ok. 80 o C], zalewamy herbatę w jakiś dzbanuszku i parzymy ok. minuty, po czym zlewamy herbatę do rondelka, tudzież miseczki.Siekamy drobno czosnek i imbir i wrzucamy do rondelka z herbatą, razem z plastrami cytryny oraz sosem sojowym i winem. W oryginalnym przepisie – jak łatwo się domyśleć była Sake, którą zastąpiłem białym półsłodkim winem nadreńskim – w moim przekonaniu nie ujęło to nic potrawie, oprócz ceny.Białą część pora siekamy na plasterki, lub pół plasterki. Oczywiście, można też użyć zielonej części pora [chociaż wiem, że ortodoksi kulinarni uważają co innego], sęk tylko w tym, że jeden por, to trochę za dużo na te 4 fileciki z łososia.


Na oliwie przesmażamy filety w towarzystwie pora. Smażymy ok. minuty z każdej strony, po czym wlewamy herbacianą zalewę tak, żeby nie przykrywała całkowicie ryby. Zmniejszamy ogień i gotujemy jakieś 8-10 min.Gotowe rybki wyciągamy z zalewy i układamy na talerzu. Mąkę ziemniaczaną rozrabiamy w odrobinie zimnej wody i wlewamy do gotującego się sosu herbacianego, od razu mieszając.
Po chwili sos zgęstnieje niczym kisiel.
Rybę na talerzu solimy i pieprzymy, nakładamy sos na wierzch, ozdabiamy plastrami cytryny lub liśćmi pora i podajemy.

zakręcony pan prowadzący stara się coś wytłumaczyć, aż mu gały na wierzch wyszły :P


Chyba było dobrze, bo robiłem to z podwójnej porcji, ale nie załapałem się ani na spróbowanie malusieńkiego kawałeczka – wszystko zostało wyczyszczone w rekordowym tempie. Ok, tak szczerze, to oczywiście wiem jak to powinno smakować, bo przecież testowałem najpierw przepis w domu – bardzo smaczne – w oryginalnym przepisie było więcej cytryny i troszkę zbyt dominowała w smaku więc zmniejszyłem jej ilość. Poza tym – pyszny, soczysty łosoś, dość naturalny w smaku, za to bardzo fajnie przełamany czosnkowo-imbirowym smakiem i wykończony ciekawym posmakiem zielonej herbaty. Mi odpowiadało bardzo.

Wprawdzie pierwszą porcje zapomniałem posolić i popieprzyć, co mi zaraz wytknięto i słusznie z resztą, ale druga już poszła całkiem tak jak być powinna i zniknęła równie szybko co pierwsza.

dodajdo.com

sobota, 24 lipca 2010

Herbaciane Ciasteczka – Warsztaty na Święcie Herbaty.

Znów tydzień minął, a tu nic – relacji żadnej, nie wiadomo, czy ja tam w końcu na tym święcie herbaty byłem, czy nie byłem, czy jak to ma być. Ano byłem, warsztaty prowadziłem i herbatę piłem! I tylko fotek za dużo nie zrobiłem.Ale, ale do rzeczy. Święto Herbaty, bardzo udane, muszę przyznać – sporo ciekawych rzeczy się działo, już nie mogę się doczekać przyszłorocznej edycji i wam wszystkim bardzo polecam ją również. Poznałem paru świetnych ludzi i chociaż dotychczas byłem generalnie bardziej kawoszem niż herbaciarzem, to muszę przyznać, że troszkę się ta szala przeważyła… tym bardziej, że akurat mój ekspresik stary chyba padł, a kawa z french-pressu jakoś nie smakuje mi aż tak.Na warsztatach prezentowałem trzy proste potrawy z użyciem herbaty i zacznę tak samo jak tam – czyli od wyrobienia ciasta na ciasteczka herbaciane.


  • Ok. 2 szklanek mąki
  • Pół szklanki cukru-pudru
  • Pół łyżeczki soli
  • Kostka masła
  • 1,5 do dwie płaskie łyżki matchy - sproszkowanej zielonej herbaty.
  • Odrobina wody.

Klasyczne ciasto kruche, bez jajka. Proponuję najpierw wymieszać 1 szklankę mąki z pozostałymi składnikami, dodać zimne masło pokrojone w kosteczkę i dopiero w czasie wyrabiania dosypywać resztę mąki, aż ciasto będzie miało odpowiednią konsystencję – powinno być elastyczne, ale nie nazbyt kruche. Na warsztatach miałem dzielną pomocnicę, która właściwie sama przyrządziła całą porcję ciasteczek. Matcha, której dodajemy do ciasteczek ma bardzo intensywny smak, kolor i zapach – wystarczy stosunkowo niewielka ilość, a będziemy mieli ciasteczka bardziej herbaciane od samej herbaty. Niestety nie jest to najtańsza herbata na świecie, ale biorąc pod uwagę smak jaki zapewnia naszym ciasteczką [i nie tylko – wszak z użyciem matchy możemy wykonać całą masę przepisów] zdecydowanie warto.Wyrobione na jednolite ciasto formujemy w kulkę i wrzucamy na przynajmniej pół godziny do lodówki. Oczywiście, jeśli prowadzimy warsztaty w ponad 35 stopniowym upale, w warunkach polowych, gdzie w przenośnej turystycznej lodóweczce nawet lód w kostkach można bez problemu przelewać ze szklanki do szklanki to chłodzenie niewiele nam da, ale zawsze coś.


Po tym czasie, wyciągamy, rozwałkowujemy na ok. 0,3 -0,5cm i wycinamy dowolne, fantazyjne wzory jakie nam tam przyjdą do głowy, ewentualnie na jakie nam foremki pozwalają. Muszę w tym miejscu złożyć ogromne ukłony uznania dla mojej dzielnej pomocnicy – warsztatowiczki, bo pomimo temperatury i tego, że ciasto lepiło się do wałka, wcale nie chciało się rozwałkowywać i kruszyło się jak tylko mogło, to jakimś, nieznanym mi z resztą sposobem udało się jej rozwałkować i wykroić całkiem ładne ciasteczka.W przyszłym roku to Ona poprowadzi warsztaty, a ja będę się uczył jak to się robi ;)
No, a później już prosto – wrzucamy do piekarnika rozgrzanego na jakieś 180 °C. Jeśli piekarnik jest faktycznie tak nagrzany, to wystarczy niecałe 10 min. Jeśli natomiast używamy takiego warsztatowo-niespodziankowego piekarnika jak to ja używam, to czekamy aż się łaskawie nagrzeje wreszcie, a następnie aż upiecze ciasteczka.

Nie używaliśmy jajka, więc w ciastkach nie ma co rosnąć – chodzi jedynie o to, aby ciasto się szybciutko upiekło – więc kiedy ciasteczka na bokach zamiast żywej zieleni zaczynają mieć już zgniłą zieleń wpadającą w brąz, to znak, że pora je wyciągać.
Spalone są niedobre – strasznie gorzkie cuś… wiem, raz sprawdziłem. ;)
Ale za to nie spalone… mmmmmm!!!! Fantastyczne!
dodajdo.com

sobota, 22 maja 2010

AfroWarsztaty. Soczewica po etiopsku, z sosem warzywno-czosnkowym.

Tak, wiem, obiecałem, że będzie przedwczoraj ostatnia część relacji i znów nie dotrzymałem słowa. Na swoją obronę i usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że przedwczoraj znów się zestarzałem i to tym razem już znacznie, a o którym to fakcie zapomniałem jak wam na ten dzień obiecywałem relację. I jakoś te dwa dni zupełnie inaczej się poukładały niż myślałem.
Tak czy siak – dosyć smętów, przechodzimy do rzeczy – Soczewica prosta jak drut, za to zaskakująco smaczna. Nie jestem strasznym fanem dań ze strączkowych wszelakich, tym bardziej jeśli brakuje w nich mięsa, ale muszę przyznać, że to mi smakowało. Przepis pochodzi ze strony ugotuj.to

  • Ok. 2 szklanek zielonej soczewicy
  • 3 łyżki sklarowanego masła
  • 4 pomidory
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 papryczka chili
  • 3 zielone papryki
  • Sok z cytryny,
  • Sól,
  • pieprz,
  • odrobina sproszkowanej chili lub pieprzu Cayenne.

Więc tak, soczewicę dobrze starannie wypłukać, chyba że akurat prowadzi się warsztaty, gdzie dostęp do bieżącej wody jest stosunkowo ograniczony. Następnie zalewamy litrem wrzącej wody i odstawiamy na 30 – 40 minut. Soczewica w tym czasie powinna spęcznieć, a my mogliśmy się zając spokojnie przygotowywaniem pozostałych potraw. Kiedy już spęcznieje, zlewamy z niej pozostałą wodę i wkładamy ją ponownie do suchego garnka.

Teraz powinniśmy zalać to osoloną wrzącą wodą tak, żeby soczewica był tylko lekko przykryta wodą. Ale właśnie wtedy okazuje się, że są jakieś problemy z prądem i woda w czajniku jest zimna, więc znów czekamy chwilkę, aż się zagotuje woda w garnku na palniku gazowym. Więc zalewamy tą wodą i gotujemy aż będą w miarę miękkie, co trwa jakieś 15-20 minut. Pozostałą częścią gorącej wody zalewamy pomidory, dzięki czemu po chwili skórki na nich pękają i łatwo nam je obrać. Jako, że trzeba się tu wykazać pewną dozą cierpliwości, której ja akurat z racji generalnego zaaferowania prowadzeniem warsztatów nie posiadałem, więc przekazałem to zadanie dalej. Obrane pomidory oczywiście siekamy w kostkę.


Czosnek również drobniutko siekamy. Ja robiąc to namawiam słuchaczy, żeby nie kupowali chińskiego czosnku, bo pomijając spiskowe teorie o jego rzekomej toksyczności, w które ja akurat nie do końca wierzę, to po prostu ten czosnek ma dużo słabszy smak i aromat. I duuuużo, dużo mu brakuje do naszego polskiego czosnku, czy np. hiszpańskiego, czy nawet egipskiego.

Teraz jeszcze czyścimy papryki z gniazd nasiennych i siekamy w kostkę, z chili postępujemy podobnie, tylko siekamy dużo drobniej. Jeśli ktoś kiedyś prowadziłby warsztaty to nie radzę w tym momencie próbować chili, żeby sprawdzić, czy jest naprawdę ostra – głupio to wygląda, gdy nagle w środku zdania zaczynacie czerwienieć i szukać nerwowo czegokolwiek do picia, a następnie wypijacie resztki zalewy z ananasa, prosto z puszki. Wiem, sprawdziłem.

Teraz na patelni rozgrzewamy masło klarowne [oczywiście można też użyć oliwy] wrzucamy najpierw czosnek i smażymy mieszając aż się zrumieni lekko, wtedy dorzucamy papryki i pomidory. Dusimy chwilę razem, doprawiamy solą, pieprzem i sokiem z cytryny.



Dodajemy ugotowaną soczewicę i jeszcze dusimy przez kilka minut.
No i podajemy.
Ja w opisie warsztatów napisałem, że jest to przystawka, ale tak naprawdę z powodzeniem mogłaby ta soczewica funkcjonować jako główne danie obiadowe. Bardzo smaczna rzecz i bardzo sycąca przy okazji.




To była ostatnia relacja, z warsztatów kulinarnych na AfroSlocie w Gliwicach, bo tak jak wcześniej wspominałem czwartą przygotowywaną przez nasz potrawą był deser – kenijskie ciasteczka mandazi, które wy już przecież znacie. A my zapomnieliśmy w domu wałka, więc wałkowaliśmy ciasto butelką sosu sojowego, poza tym użyliśmy innej mąki niż zwykle i ciasto wyszło bardziej lepkie niż powinno, przez co ciasteczka nie miały do końca tego regularnego trójkątnego kształtu, który mieć powinny. Ale były smaczne. Tak przynajmniej twierdzili warsztatowcy i ci którzy zwabieni zapachem przyszli pokosztować. Ja załapałem się na jedno z samego końca serii, więc trudno mi powiedzieć, w dodatku lekko je przesmażyłem.
Prowadzenie warsztatów okazało się być bardzo fajnym doświadczeniem, mam niewielką nadzieję, że udało mi się parę osób zachęcić bardziej do gotowania, zainspirować, bo tak naprawdę taki był cel tego spotkania. Nie były to warsztaty na poziomie „pro” bo na takie to sam bym się z chęcią wybrał – te miały po prostu pokazać ludziom, ze w kuchni można się świetnie bawić, że gotowanie wcale nie musi być trudne i że warto przyrządzać posiłki samemu. I myślę, że udało mi się to w jakimś stopniu zrealizować. Z chęcią to jeszcze powtórzę.



Ps. Raz jeszcze dziękuję Ani za zdjęcia!

Ps2. A jutro zapraszam was koniecznie tutaj, bo będziemy mieli gościa specjalnego na blogu – jutro ja się na jeden dzień wyprowadzam na jeden z zaprzyjaźnionych blogów, żeby opowiedzieć o dwóch potrawach kuchni cieszyńskiej, za to na olive&flour zagości właścicielka tamtego bloga. Wpadnijcie, bo warto!
dodajdo.com

środa, 19 maja 2010

AfroWarsztaty. Dorsz w sosie bananowo-ananasowym.

Ludzie, ale ten czas leci, to półtorej tygodnia temu było. Dzisiaj więc, opowiem wam o absolutnym hicie tych warsztatów. Być może był tym hitem głównie ze względu na to, że jako pierwszy wyszedł z kuchni i wszyscy wygłodniali się na niego rzucili, ale prawda jest też taka, że ryba przyrządzona w taki sposób jest naprawdę bardzo bardzo smaczna. I tak jak wszystkie potrawy na naszych warsztatach bardzo prosta. Przepis na nią znalazłem kiedyś na stronie foody.pl w dziale kuchni afrykańskiej.

  • 800 g filetów z dorsza [może być też inna ryba morska np. mintaj]
  • 2 białka jajek
  • Odrobina mleka
  • Bułka tarta i mąka do panierki
  • Olej do smażenia

  • 400 g. pokrojonego w kostkę ananasa z puszki (będziemy też potrzebować zalewy)
  • 1 banan
  • Pół żółtej papryki
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • Pół łyżeczki imbiru
  • Ćwierć łyżeczki chilli
  • Sól,
  • pieprz
  • Ze 2 łyżki masła.

Zaczęliśmy od marynaty – właściwie to całe warsztaty zaczęliśmy właśnie od tej marynaty – rybka potrzebuje w niej siedzieć z godzinkę, więc zrobiliśmy ją jako pierwszą rzecz. Jedna przemiła warsztatowiczka pokroiła rybę w kawałki, mimo, że nie lubi dotykać ryb, ale… była jedyną osobą która na moje pytanie kto przychodząc na warsztaty kulinarne umył łapki odpowiedziała pozytywnie. Więc ona się musiała poświęcić i pokroić tą rybę, a resztę odesłałem do łazienki. Szczerze powiedziawszy już nie wnikałem później w sprawę.
Tak czy siak – ona zajęła się dorszem [bardzo przepraszam, że piszę tak per „ona” i „warsztatowiczka”, ale… wstyd się przyznać, nawet nie zapytałem o imiona moich dzielnych pomocników. Poprawię się na przyszłość, obiecuję.] a ja w tym czasie szybko machnąłem marynatę – ze 2/3 zalewy z ananasa wymieszałem z 3łyżkami sosu sojowego, pół łyżeczki imbiru i 1/4 łyżeczki chilli, trochę soli i pieprzu. W tej zalewie moczymy rybę, około godzinki.

Ryba sobie leży w zalewie, a ja opowiadam uczestnikom różne pierdoły, przygotowujemy razem ciasto na mandazi, soczewicę o której więcej będzie jutro i kurczaka co o nim było ostatnio.





A później biorę tego nieszczęsnego banana, siekam go na półplasterki, ananasa już sobie wcześniej przygotowałem takiego posiekanego w puszce [niczym Adam Słodowy w kluczowym momencie wyciągający z pod stołu, gotowy element ze słowami „ja już sobie wcześniej coś takiego przygotowałem”], paprykę przemiła jedna osoba oczyściła z gniazd nasiennych i też w kosteczkę ją. No i masełko na patelnię, a na masełko nasze owoce.





Panierkę robimy z samych białek wymieszanych z mlekiem – żadnego żółtka – dzięki temu rybą obtoczoną w mące wystarczy tylko przesunąć po jajku, nie trzeba jej całej taplać ze wszystkich stron – białko z mlekiem samo bardzo ładnie przylega do ryby. Później w bułce tartej i na patelnię olejem. Nie trzymamy nigdy ryby w panierce „bo sobie już wcześniej przygotowaliśmy”. Dzięki użyciu samego białka z mlekiem panierka po usmażeniu powinna być chrupka i lekka, taka z żółtkiem i nie daj Boże jeszcze trzymana w tej panierce przez dłuższy czas jest najczęściej ciężka, miękka i wilgotnawa.



Owoce smażymy na maśle ok. 3 minut, a później dodajemy do nich zalewę z pod ryby i dusimy jeszcze razem przez kilka minut. Banany zapewne się całkowicie rozpadną i zagęszczą nam nasz sos, i bardzo dobrze, tak być powinno.

Rybę oczywiście możemy lekko przypalić, jeśli jest się roztrzepanym prowadzącym i robi się jeszcze jednocześnie trzy rzeczy na raz. Ale generalnie powinna być na patelni po ok. 2 min. z każdej strony.

Podajemy rybę z sosem. Gdybyśmy przygotowywali to jako normalną porcję obiadową, to doskonale będzie do tego pasował ryż. Ale jako, że jesteśmy na warsztatach, to podajemy jak jest, i smażymy dalsze kawałki, w między czasie słysząc za swoimi plecami maksymalny tumult i obserwując kątem oka co się tam dzieje notujemy w pamięci, żeby następnym razem wziąć ze sobą dużą paczkę sztućców jednorazowych, żeby warsztatowicze nie musieli sobie widelców wyrywać z rąk i żebym ja z narażeniem życia nie musiał bronić ostatniego widelca brudnego od panierki, którego jeszcze używałem aktualnie do smażenia reszty.


Znaczy się… chyba smakowało. Z resztą z pokorą przyjmowałem to, że ustawił się sznurek najpierw do ryby a później do mnie, żeby mi powiedzieć, że pyszna, bo to ostatecznie nie mój przepis, jam go tylko wykonał i przekazał.
Ale przyznaję – ta ryba jest naprawdę bardzo bardzo smaczna – owoce orzeźwiają i nadają lekkości smażonemu mięsu ryby, lekka pikantność imbiru i chilli w zalewie przełamuje słodkawy smak. Ja po posiekaniu bananów skropiłem je lekko cytryną, żeby od razu nie sczerniały, co też na pewno miało swoje znaczenie, dzięki temu słodki smak ananasa nie zdominował całości, tylko nadał jej niesamowitej owocowej lekkości.
Polecam używać sosu sojowego jasnego [czyli tego najbardziej popularnego], ja w miniony weekend robiłem tą rybę jeszcze na prośbę moich rodziców, a u nich był tylko ciemny sos sojowy i… no miał ciut za bardzo wyrazisty smak, troszkę ciężkawy jak na ogólną lekkość dania.


Obiecuję, że jutro wrzucę ostatnią część relacji z soczewicą po etiopsku.

A poza tym, to wreszcie przestało dzisiaj lać… wprawdzie to prawda, co mówią, że nieźle się nam tu na południu powodzi, ale już bym bardzo chciał zobaczyć chociaż kawałek słońca, żeby sobie przypomnieć jak też ono wygląda.
dodajdo.com

wtorek, 11 maja 2010

AfroWarsztaty. Kurczak po kongijsku.

Zacznę od końca. No właściwie, to według planu powinna być pierwsza potrawa, która miała wyjść z kuchni. Niestety z powodu jakiejś awarii prądowej kurczak stał przez około godzinę, czy nawet więcej w letnim piekarniku i ani myślał się upiec. Uczynił to w końcu, ale prawie półtorej godziny po przewidywanym terminie zakończenia warsztatów. Wszystkie przepisy które przyrządzaliśmy w czasie naszych AfroWarsztatów, w tym i ten kurczak, były bardzo proste, ale jednocześnie bardzo smaczne. A sam przepis znalazłem na stronie ugotuj.to, a z tego co pamiętam dawno temu był chyba w dodatku do gazety wyborczej „kulinarny atlas świata”.

Potrzebujemy:
  • 1 średniego kurczaka
  • Ok. 4 łyżek sklarowanego masła
  • Pół szklanki masła orzechowego
  • 1/ 4 szklanki majonezu
  • Sól.
  • Pół szklanki posiekanych orzechów ziemnych.

A kurczaka przygotowujemy tak:Dzielimy go na klasyczne ćwiartki [na pół, wzdłuż kręgosłupa, a następnie udka na zgięciach]. Prosimy jedną z przemiłych warsztatowiczek, żeby roztopiła na patelence 4 łyżki masła klarowanego

A sami solimy kurczaka ze wszystkich stron,


A następnie smarujemy roztopionym masłem i układamy w brytfance, skórą w dół.


Wrzucamy do piekarnika rozgrzanego na 170 o C na pół godziny.


W międzyczasie prosimy kolejną przemiłą warsztatowiczkę, żeby wymieszała nam na jednolitą masę pół szklanki masła orzechowego z 1/ 4 szklanki majonezu.Tą masą - kiedy minie pół godziny, a my obrócimy kurczaka, tak żeby teraz znajdował się skórą [albo tym co z niej zostało i co nie przywarło do dna] do góry – smarujemy kurczaka dosyć obficie i wrzucamy jeszcze na 15 min. do piekarnika.


Siekamy orzechy ziemne, tak z pół szklanki, posypujemy nimi kurczaka i po chwili podajemy do degustacji. Kurczak znika w iście olimpijskim tempie, pochłaniany przez przemiłych warsztatowiczów i warsztatowiczki. [patrz niżej]


Tak to powinno, przynajmniej w teorii wyglądać. A to, że piekarnik nie był rozgrzany do 170 o C i że pozostał taki nierozgrzany jeszcze przez dłuższy czas, przez co masło zamiast odparować, pozostało w brytfance, za to kurczak puścił soki i w ogromnej ilości płynów, kiedy wreszcie piekarnik zaczął działać poprawnie, właściwie się ugotował a nie upiekł; i to, że został wreszcie podany po ponad 3 godzinach od rozpoczęcia, zamiast po godzinie, to to wszystko już zupełnie inna historia.

A tak na marginesie, to mogę jeszcze dodać, że owego kurczaka powinno się podać na żółtym ryżu [ zabarwionym kurkumą] i przesmażonych zielonych papryczkach, które najpierw obiera się ze skóry, a następnie smaży na oleju aż zbrązowieją.
Coś trochę na ten kształt:


Już wkrótce dalsza część relacji.


za zdjęcia dziękuję Ani i Ann
dodajdo.com

AfroWarsztaty. Zajawka.

Pojechałem sobie ostatnio do Gliwic, bo zostałem poproszony, żeby poprowadzić warsztaty kulinarne, na AfroSlot’cie. Przerażony byłem odrobinę tą wizją, bo gotować publicznie już mi się zdarzyło, jak być może pamiętacie [tu, tu, tu i tu], ale żeby jeszcze prowadzić warsztaty, opowiadać jak się co przyrządza, dzielić się ciekawostkami o gotowaniu i uczyć innych, to… no blady strach mnie obleciał. Jak przybyłem na miejsce, to jeszcze bardziej ugięły się pode mną nogi, bo okazało się, że moje stanowisko jest na wolnym powietrzu. Wiecie, w Gliwicach wprawdzie było sucho i nawet słoneczko świeciło, ale ja właśnie przez prawie całą drogę jechałem w rzęsistych strugach deszczu. Szczęście pogoda dopisała fantastycznie, nie tylko nie padało, ale było piękne słońce i zrobiło się całkiem ciepło.Bardzo fajna impreza była w ogóle, były inne warsztaty w klimatach afrykańskich, były wykłady, były stoiska fair-trade i pyszna kawa.
A ja .. cóż przygotowałem z pomocą moich warsztatowiczów 4 całkiem fajne potrawy – kurczaka po kongijsku [w maśle orzechowym], Rybę w sosie bananowo-ananasowym, soczewicę po etiopsku z sosem czosnkowo-warzywnym i znane wam już mandazi . Nie obyło się bez niespodzianek takich jak nagły brak prądu i w związku z tym wyłączenie piekarnika i jednej kuchenki. W tym oczywiście momencie mój misternie przygotowany plan i time-line poszły się paść, a ja lekko skonfundowany zostałem na placu boju.Ale o tym i o pierwszej z potraw opowiem wam już dzisiaj wieczorem. A tymczasem możecie zobaczyć jak to było:

ps. dziękuję Ani za zdjęcia
dodajdo.com
Blog Widget by LinkWithin