sobota, 24 lipca 2010

Herbaciane Ciasteczka – Warsztaty na Święcie Herbaty.

Znów tydzień minął, a tu nic – relacji żadnej, nie wiadomo, czy ja tam w końcu na tym święcie herbaty byłem, czy nie byłem, czy jak to ma być. Ano byłem, warsztaty prowadziłem i herbatę piłem! I tylko fotek za dużo nie zrobiłem.Ale, ale do rzeczy. Święto Herbaty, bardzo udane, muszę przyznać – sporo ciekawych rzeczy się działo, już nie mogę się doczekać przyszłorocznej edycji i wam wszystkim bardzo polecam ją również. Poznałem paru świetnych ludzi i chociaż dotychczas byłem generalnie bardziej kawoszem niż herbaciarzem, to muszę przyznać, że troszkę się ta szala przeważyła… tym bardziej, że akurat mój ekspresik stary chyba padł, a kawa z french-pressu jakoś nie smakuje mi aż tak.Na warsztatach prezentowałem trzy proste potrawy z użyciem herbaty i zacznę tak samo jak tam – czyli od wyrobienia ciasta na ciasteczka herbaciane.


  • Ok. 2 szklanek mąki
  • Pół szklanki cukru-pudru
  • Pół łyżeczki soli
  • Kostka masła
  • 1,5 do dwie płaskie łyżki matchy - sproszkowanej zielonej herbaty.
  • Odrobina wody.

Klasyczne ciasto kruche, bez jajka. Proponuję najpierw wymieszać 1 szklankę mąki z pozostałymi składnikami, dodać zimne masło pokrojone w kosteczkę i dopiero w czasie wyrabiania dosypywać resztę mąki, aż ciasto będzie miało odpowiednią konsystencję – powinno być elastyczne, ale nie nazbyt kruche. Na warsztatach miałem dzielną pomocnicę, która właściwie sama przyrządziła całą porcję ciasteczek. Matcha, której dodajemy do ciasteczek ma bardzo intensywny smak, kolor i zapach – wystarczy stosunkowo niewielka ilość, a będziemy mieli ciasteczka bardziej herbaciane od samej herbaty. Niestety nie jest to najtańsza herbata na świecie, ale biorąc pod uwagę smak jaki zapewnia naszym ciasteczką [i nie tylko – wszak z użyciem matchy możemy wykonać całą masę przepisów] zdecydowanie warto.Wyrobione na jednolite ciasto formujemy w kulkę i wrzucamy na przynajmniej pół godziny do lodówki. Oczywiście, jeśli prowadzimy warsztaty w ponad 35 stopniowym upale, w warunkach polowych, gdzie w przenośnej turystycznej lodóweczce nawet lód w kostkach można bez problemu przelewać ze szklanki do szklanki to chłodzenie niewiele nam da, ale zawsze coś.


Po tym czasie, wyciągamy, rozwałkowujemy na ok. 0,3 -0,5cm i wycinamy dowolne, fantazyjne wzory jakie nam tam przyjdą do głowy, ewentualnie na jakie nam foremki pozwalają. Muszę w tym miejscu złożyć ogromne ukłony uznania dla mojej dzielnej pomocnicy – warsztatowiczki, bo pomimo temperatury i tego, że ciasto lepiło się do wałka, wcale nie chciało się rozwałkowywać i kruszyło się jak tylko mogło, to jakimś, nieznanym mi z resztą sposobem udało się jej rozwałkować i wykroić całkiem ładne ciasteczka.W przyszłym roku to Ona poprowadzi warsztaty, a ja będę się uczył jak to się robi ;)
No, a później już prosto – wrzucamy do piekarnika rozgrzanego na jakieś 180 °C. Jeśli piekarnik jest faktycznie tak nagrzany, to wystarczy niecałe 10 min. Jeśli natomiast używamy takiego warsztatowo-niespodziankowego piekarnika jak to ja używam, to czekamy aż się łaskawie nagrzeje wreszcie, a następnie aż upiecze ciasteczka.

Nie używaliśmy jajka, więc w ciastkach nie ma co rosnąć – chodzi jedynie o to, aby ciasto się szybciutko upiekło – więc kiedy ciasteczka na bokach zamiast żywej zieleni zaczynają mieć już zgniłą zieleń wpadającą w brąz, to znak, że pora je wyciągać.
Spalone są niedobre – strasznie gorzkie cuś… wiem, raz sprawdziłem. ;)
Ale za to nie spalone… mmmmmm!!!! Fantastyczne!
dodajdo.com

środa, 14 lipca 2010

Święto Herbaty.

Dzisiaj tylko tak na chwilkę, żebyście wiedzieli, że żyję, napisać co tam u mnie i zaprosić was na święto herbaty.
Więc jak już napisałem – żyję, mam nadzieję niedługo ukończyć pracę nad podsumowaniem śniadań majowych, oraz odnaleźć zaległe przepisy na przeróżnych karteczkach walających się po całym mieszkaniu. Mam również pomysł na nową, tym razem nieustającą, akcję kulinarną, ale o tym później, jak zamkniemy sprawę poprzedniej akcji. Olive and Flour pojawiło się również od dzisiaj na Facebooku, wszystkich chętnych zapraszam do odnalezienia tam tego profilu.
A teraz chciałem was bardzo serdecznie zaprosić na święto herbaty, które odbędzie się już w najbliższy weekend w Cieszynie. Będę tam również i w ramach warsztatów dla początkujących, będę chciał pokazać jak przyrządzić 3 proste dania z użyciem herbaty.

Link do strony: Święto Herbaty




A teraz garść informacji o samym święcie:
ŚWIĘTO HERBATY – 16, 17 lipca 2010, Wzgórze Zamkowe w Cieszynie

ŚWIĘTO HERBATY to międzynarodowe przedsięwzięcie organizowane przez stowarzyszenie Instytut Herbaty. W ciągu dwóch dni odbędą się wykłady, wystawy, koncerty i spotkania z podróżnikami. Ale najważniejszym bohaterem jest HERBATA. Zielona, czarna, oolong, z mlekiem, mrożona. Jakie potrawy przygotować z herbatą, jak się ma herbata do filmu i oczywiście herbata w podróży – ta smaczna i mniej smaczna, jak na europejskie gusta.

Opowiadać będą m.in.: dr Janusz Kamocki – pierwszy Polak przyjęty na audiencji u Dalai Lamy, włóczykij i świetny gawędziarz, Tomek Michniewicz, którego przedstawiać nie trzeba Będą opowieści z: Athos – Republiki Mnichów (skrawek na ziemi, przeznaczony tylko dla płci męskiej), Sri Lanki, Kambodży, Kurydstanu i Iraku, Turcji i Armenii...

Koncerty: Iva Bittova – legendarna czeska artystka, Tara Fuki, Karpaty Magiczne, Asavari (muzyka indyjska), duet na gongi i nie tylko, Vlatislav Matousek.

Warsztaty: gry na japońskim flecie shakuhachi, warsztat japońskiej fraszki kyogen, Kuchnia Pięciu Przemian, potrawy z herbaty, warsztaty wilkiniarskie...

ZAPRASZAMY WSZYSTKICH NA HERBACIANE ŚWIĘTO!

dodajdo.com

środa, 30 czerwca 2010

Kiełbaski a’la mititei z grilla.

Straszne to jest co się teraz na świecie dzieje. Ludzie na ten przykład tworzą sobie różne blogi kulinarne, wrzucą trochę ciekawych wpisów, zainteresują ludzi, a póżniej zostawiają bloga leżeć, odłogiem. Co gorsza, akcje jakieś wezmą i zorganizują, a później, podsumowania nawet nie wrzucą. Taki ten świat teraz jest zepsuty.Kochani moi, oczywiście za opóźnienia w podsumowaniu śniadań majowych strasznie was przepraszam, a jednocześnie dziękuję za fantastyczną zabawę, zawstydziliście mnie ilością przepisów. Postaram się je jak najszybciej pozbierać do kupy i jakoś ładnie zaprezentować – nie wiem dokładnie jeszcze jak zrobić to ostatnie, ale na pewno do tego dojdę. Ostatni miesiąc był dosyć pracowity, stąd te opóźnienia.A teraz za to wypoczywamy sobie przez kilka dni w świetnej agroturystyce na mazurach, jest jezioro, są konie, jest dobre jedzenie. Żeby nie robić już dodatkowej reklamy, powiem tylko, że nazwa tego miejsca jest taka sama jak pewnego czerwonego wina pochodzącego z małej miejscowości na południu Bułgarii. Wczoraj właściciel obchodził imieniny, i zrobił grilla dla gości co mi przypomniało o grillowanych kiełbaskach na styl rumuńskich mititei, które to zrobiliśmy kilka tygodni temu, kiedy zostaliśmy sami z kuchcikami na gospodarce przez cały weekend.


  • 0,5 kg mięsa mielonego [wieprzowego, lub wieprzowo-wołowego]
  • 1 cebula2 ząbki czosnku
  • 1,5 kopiatej łyżeczki papryki czerwonej
  • 0,5 łyżeczki papryki ostrej
  • Spora szczypta gałki muszkatołowej
  • Ok. 6 -8 listków mięty
  • Sól, pieprz
  • Oliwa z oliwek

Przez cały dzień szaleliśmy z kuchcikami na polu, bawiliśmy się w baseniku, biegaliśmy po trawie, kopaliśmy w ogródku, kosiliśmy trawę i robiliśmy całą masę innych interesujących rzeczy. Popołudniu kuchciki zmęczone już tym wszystkim położyły się na kocu w ogrodzie i posnęły, a kiedy się obudziły, pierwszy kuchcik przemówił do mnie w te słowa: „Tatusiu, tatusiu, a bo ja mam taki pomysł, że może byśmy dzisiaj zrobili sobie obiadek na grillu.”Tak więc zabraliśmy się do roboty, a jako, że musiałem mieć kuchcików na oku, żeby mi się sami nie rozbiegli po ogrodzie w czasie jak ja przygotowuję jedzenie, więc zrobiłem im normalne, regularne warsztaty. A oni siedzieli na pieńkach w ogrodzie i z przejęciem słuchali i patrzyli co ja robie. A mówiłem tak:
Najpierw siekamy cebulkę, w drobną kosteczkę, o tak. Czosneczek też siekamy drobniutko Teraz na patelni rozgrzewamy trochę oliwy. Patelnię kładziemy na grillu, wrzucamy posiekaną cebulkę, po chwili czosnek i przesmażamy aż cebulka się zeszkli. Teraz wsypujemy jedną kopiatą łyżeczkę papryki i razem przesmażamy przez chwilkę. Zdejmujemy z grilla i odstawiamy na bok na razie. Mięsko doprawiamy pozostałą papryką słodką, papryką ostrą, gałką muszkatołową. Teraz siekamy dokładnie kilka listków mięty, wrzucamy do mięsa, dosypujemy też naszą przesmażoną cebulkę, mieszamy dokładnie, doprawiamy jeszcze solą i pieprzem. Mięsko teraz nabieramy garściami i formujemy z niego kiełbaski. Gotowe kiełbaski wrzucamy na grilla. To wszystko.
Podać możemy na przykład z ziemniaczkami z masłem czosnkowym, pieczonymi na grillu w folii aluminiowej. Co też właśnie uczyniliśmy. Pyszne było to jedzonko, kuchciki zjadły tyle, że ja musiałem się swoją porcją dzielić. Cóż, trudno, takie życie rodzica.


Jak wrócę do domu, to postaram się wygrzebać inne spacyjały co tam w międzyczasie przygotowywaliśmy, chociaż nie jestem pewien, czy mi się uda, bo karteczek z zapiskami wala się u mnie w bezładzie kompletnym dziesiątki, częśc ląduje w koszu, część kuchciki zawieruszają.
A za to już dziś chciałbym was serdecznie zaprosić do Cieszyna na święto herbaty, które odbędzie się 15 i 16 lipca, będę tam również i postaram się z wami podzielić paroma przepisami na dania z użyciem herbaty.
dodajdo.com

niedziela, 23 maja 2010

Pasjonauci polecają Śląskie: Poleśniki.

Chciałbym dzisiaj przywitać na moim blogu Myszę Klapsiarę z jednego z moich ulubionych blogów – knedlik.pl – bardzo się cieszę, że wreszcie będę miał na blogu jakiś wartościowy wpis. A ja idę urzędować dziś do niej. Myszo – blog twój!

Dzisiaj będzie nietypowo, bo gotuję nie u siebie. Razem z Mico na chwilę zamieniliśmy się miejscami. I w ramach promocji kuchni śląskiej postaramy się wspólnie zmierzyć z jednym z cieszyńskich przepisów. Ale zanim pokażę wam to, co udało mi się przygotować, dziękuję Mico za wpuszczenie mnie do swojej kuchni. Gościnne gotowanie sprawiło mi naprawdę wielką frajdę!

Do tej pory z bogatej regionalnej kuchni Śląska Cieszyńskiego znane mi były tylko malutkie ciasteczka, wypiekane w okresie świąt Bożego Narodzenia, a dzięki Mico wiem już co to są szlajszki, murzin czy poleśniki. Te ostatnie zaintrygowały mnie nie tylko swoją nazwą, ale i sposobem przygotowania. Bo choć podawane na słodko, z masłem, śmietaną, cukrem lub piernikiem, pieczone są na… liściach kapusty. Z tego też powodu poleśniki (zwane też poliźnikami) są raczej potrawą sezonową, bo kapustę zbierano późnym latem lub jesienią.
My pokusiliśmy się o przygotowanie poleśników z użyciem młodej kapusty i jak na moje oko, wyszło całkiem nieźle. Ale ekspertem nie jestem, bo i poleśniki jadłam pierwszy raz w życiu… :)


Tradycyjnie poleśniki wypiekane były przy okazji żniw i dożynek, podczas szkubaczek i łuskania fasoli. Podawane jako danie główne, miały swoje dwie wersje. W nizinnej części Śląska Cieszyńskiego przygotowywano je z ciasta drożdżowego, w górach natomiast zamiast mąki używano tartych ziemniaków. Zgodnie ze wskazówkami Mico i przepisem przez niego podanym, przygotowałam drożdżową wersję cieszyńskich placków i poniżej to, co mi z tego wyszło….

A wyszło coś bardzo smacznego :). Jeśli chodzi o moje subiektywne wrażenia, to poleśniki umieściłabym gdzieś pomiędzy kluskami na parze a domową drożdżówką. Nasiąknięte masłem, słodkie od cukru i piernika, miękkie, ale sprężyste. Pachnące świeżym ciastem drożdżowym z lekkim tylko aromatem duszonej kapusty. Naprawdę bardzo smaczne. A najlepszy jest piernik. Że też nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby tradycyjne pampuchy posypać korzennym i okruszkami! Polecam!


Poleśniki
  • 1/2 litra mleka
  • 2 łyżki cukru
  • 20 g świeżych drożdży
  • 350 g mąki pszennej
  • 1 duże jajko
  • sól
  • zewnętrzne liście kapusty
  • masło
  • cukier
  • pokruszony piernik

Przygotować rozczyn – 250 ml mleka, łyżkę cukru, 150 g mąki i rozkruszone drożdże wymieszać ze sobą i odstawić do podwojenia objętości. Po tym czasie dodać resztę mąki, cukru, mleka, jajko, szczyptę soli i wyrobić dosyć luźne ciasto. Pozostawić do wyrośnięcia na 30 minut. Wyrośnięte ciasto rozsmarować cienko na umytych liściach kapusty (można je też sparzyć), piec około 15-20 minut w temperaturze 180 stopni C. (Upieczone poleśniki mają lekko brązowy kolor, a kapusta z łatwością odchodzi od placków). Gotowe poleśniki podawać polane masłem i posypane cukrem i pokruszonym piernikiem. Można ja również polać słodką śmietaną i posypać cynamonem.

W planach miałam jeszcze zupę piwną, ale niestety nie dałam rady jej przygotować. Tutaj więc odsyłam was do wpisu Mico, który obok poleśników przygotował jeszcze jeden cieszyński specjał. Zapraszam serdecznie i życzę smacznego!

mysza klapsiara

dodajdo.com

sobota, 22 maja 2010

AfroWarsztaty. Soczewica po etiopsku, z sosem warzywno-czosnkowym.

Tak, wiem, obiecałem, że będzie przedwczoraj ostatnia część relacji i znów nie dotrzymałem słowa. Na swoją obronę i usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że przedwczoraj znów się zestarzałem i to tym razem już znacznie, a o którym to fakcie zapomniałem jak wam na ten dzień obiecywałem relację. I jakoś te dwa dni zupełnie inaczej się poukładały niż myślałem.
Tak czy siak – dosyć smętów, przechodzimy do rzeczy – Soczewica prosta jak drut, za to zaskakująco smaczna. Nie jestem strasznym fanem dań ze strączkowych wszelakich, tym bardziej jeśli brakuje w nich mięsa, ale muszę przyznać, że to mi smakowało. Przepis pochodzi ze strony ugotuj.to

  • Ok. 2 szklanek zielonej soczewicy
  • 3 łyżki sklarowanego masła
  • 4 pomidory
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 papryczka chili
  • 3 zielone papryki
  • Sok z cytryny,
  • Sól,
  • pieprz,
  • odrobina sproszkowanej chili lub pieprzu Cayenne.

Więc tak, soczewicę dobrze starannie wypłukać, chyba że akurat prowadzi się warsztaty, gdzie dostęp do bieżącej wody jest stosunkowo ograniczony. Następnie zalewamy litrem wrzącej wody i odstawiamy na 30 – 40 minut. Soczewica w tym czasie powinna spęcznieć, a my mogliśmy się zając spokojnie przygotowywaniem pozostałych potraw. Kiedy już spęcznieje, zlewamy z niej pozostałą wodę i wkładamy ją ponownie do suchego garnka.

Teraz powinniśmy zalać to osoloną wrzącą wodą tak, żeby soczewica był tylko lekko przykryta wodą. Ale właśnie wtedy okazuje się, że są jakieś problemy z prądem i woda w czajniku jest zimna, więc znów czekamy chwilkę, aż się zagotuje woda w garnku na palniku gazowym. Więc zalewamy tą wodą i gotujemy aż będą w miarę miękkie, co trwa jakieś 15-20 minut. Pozostałą częścią gorącej wody zalewamy pomidory, dzięki czemu po chwili skórki na nich pękają i łatwo nam je obrać. Jako, że trzeba się tu wykazać pewną dozą cierpliwości, której ja akurat z racji generalnego zaaferowania prowadzeniem warsztatów nie posiadałem, więc przekazałem to zadanie dalej. Obrane pomidory oczywiście siekamy w kostkę.


Czosnek również drobniutko siekamy. Ja robiąc to namawiam słuchaczy, żeby nie kupowali chińskiego czosnku, bo pomijając spiskowe teorie o jego rzekomej toksyczności, w które ja akurat nie do końca wierzę, to po prostu ten czosnek ma dużo słabszy smak i aromat. I duuuużo, dużo mu brakuje do naszego polskiego czosnku, czy np. hiszpańskiego, czy nawet egipskiego.

Teraz jeszcze czyścimy papryki z gniazd nasiennych i siekamy w kostkę, z chili postępujemy podobnie, tylko siekamy dużo drobniej. Jeśli ktoś kiedyś prowadziłby warsztaty to nie radzę w tym momencie próbować chili, żeby sprawdzić, czy jest naprawdę ostra – głupio to wygląda, gdy nagle w środku zdania zaczynacie czerwienieć i szukać nerwowo czegokolwiek do picia, a następnie wypijacie resztki zalewy z ananasa, prosto z puszki. Wiem, sprawdziłem.

Teraz na patelni rozgrzewamy masło klarowne [oczywiście można też użyć oliwy] wrzucamy najpierw czosnek i smażymy mieszając aż się zrumieni lekko, wtedy dorzucamy papryki i pomidory. Dusimy chwilę razem, doprawiamy solą, pieprzem i sokiem z cytryny.



Dodajemy ugotowaną soczewicę i jeszcze dusimy przez kilka minut.
No i podajemy.
Ja w opisie warsztatów napisałem, że jest to przystawka, ale tak naprawdę z powodzeniem mogłaby ta soczewica funkcjonować jako główne danie obiadowe. Bardzo smaczna rzecz i bardzo sycąca przy okazji.




To była ostatnia relacja, z warsztatów kulinarnych na AfroSlocie w Gliwicach, bo tak jak wcześniej wspominałem czwartą przygotowywaną przez nasz potrawą był deser – kenijskie ciasteczka mandazi, które wy już przecież znacie. A my zapomnieliśmy w domu wałka, więc wałkowaliśmy ciasto butelką sosu sojowego, poza tym użyliśmy innej mąki niż zwykle i ciasto wyszło bardziej lepkie niż powinno, przez co ciasteczka nie miały do końca tego regularnego trójkątnego kształtu, który mieć powinny. Ale były smaczne. Tak przynajmniej twierdzili warsztatowcy i ci którzy zwabieni zapachem przyszli pokosztować. Ja załapałem się na jedno z samego końca serii, więc trudno mi powiedzieć, w dodatku lekko je przesmażyłem.
Prowadzenie warsztatów okazało się być bardzo fajnym doświadczeniem, mam niewielką nadzieję, że udało mi się parę osób zachęcić bardziej do gotowania, zainspirować, bo tak naprawdę taki był cel tego spotkania. Nie były to warsztaty na poziomie „pro” bo na takie to sam bym się z chęcią wybrał – te miały po prostu pokazać ludziom, ze w kuchni można się świetnie bawić, że gotowanie wcale nie musi być trudne i że warto przyrządzać posiłki samemu. I myślę, że udało mi się to w jakimś stopniu zrealizować. Z chęcią to jeszcze powtórzę.



Ps. Raz jeszcze dziękuję Ani za zdjęcia!

Ps2. A jutro zapraszam was koniecznie tutaj, bo będziemy mieli gościa specjalnego na blogu – jutro ja się na jeden dzień wyprowadzam na jeden z zaprzyjaźnionych blogów, żeby opowiedzieć o dwóch potrawach kuchni cieszyńskiej, za to na olive&flour zagości właścicielka tamtego bloga. Wpadnijcie, bo warto!
dodajdo.com

środa, 19 maja 2010

AfroWarsztaty. Dorsz w sosie bananowo-ananasowym.

Ludzie, ale ten czas leci, to półtorej tygodnia temu było. Dzisiaj więc, opowiem wam o absolutnym hicie tych warsztatów. Być może był tym hitem głównie ze względu na to, że jako pierwszy wyszedł z kuchni i wszyscy wygłodniali się na niego rzucili, ale prawda jest też taka, że ryba przyrządzona w taki sposób jest naprawdę bardzo bardzo smaczna. I tak jak wszystkie potrawy na naszych warsztatach bardzo prosta. Przepis na nią znalazłem kiedyś na stronie foody.pl w dziale kuchni afrykańskiej.

  • 800 g filetów z dorsza [może być też inna ryba morska np. mintaj]
  • 2 białka jajek
  • Odrobina mleka
  • Bułka tarta i mąka do panierki
  • Olej do smażenia

  • 400 g. pokrojonego w kostkę ananasa z puszki (będziemy też potrzebować zalewy)
  • 1 banan
  • Pół żółtej papryki
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • Pół łyżeczki imbiru
  • Ćwierć łyżeczki chilli
  • Sól,
  • pieprz
  • Ze 2 łyżki masła.

Zaczęliśmy od marynaty – właściwie to całe warsztaty zaczęliśmy właśnie od tej marynaty – rybka potrzebuje w niej siedzieć z godzinkę, więc zrobiliśmy ją jako pierwszą rzecz. Jedna przemiła warsztatowiczka pokroiła rybę w kawałki, mimo, że nie lubi dotykać ryb, ale… była jedyną osobą która na moje pytanie kto przychodząc na warsztaty kulinarne umył łapki odpowiedziała pozytywnie. Więc ona się musiała poświęcić i pokroić tą rybę, a resztę odesłałem do łazienki. Szczerze powiedziawszy już nie wnikałem później w sprawę.
Tak czy siak – ona zajęła się dorszem [bardzo przepraszam, że piszę tak per „ona” i „warsztatowiczka”, ale… wstyd się przyznać, nawet nie zapytałem o imiona moich dzielnych pomocników. Poprawię się na przyszłość, obiecuję.] a ja w tym czasie szybko machnąłem marynatę – ze 2/3 zalewy z ananasa wymieszałem z 3łyżkami sosu sojowego, pół łyżeczki imbiru i 1/4 łyżeczki chilli, trochę soli i pieprzu. W tej zalewie moczymy rybę, około godzinki.

Ryba sobie leży w zalewie, a ja opowiadam uczestnikom różne pierdoły, przygotowujemy razem ciasto na mandazi, soczewicę o której więcej będzie jutro i kurczaka co o nim było ostatnio.





A później biorę tego nieszczęsnego banana, siekam go na półplasterki, ananasa już sobie wcześniej przygotowałem takiego posiekanego w puszce [niczym Adam Słodowy w kluczowym momencie wyciągający z pod stołu, gotowy element ze słowami „ja już sobie wcześniej coś takiego przygotowałem”], paprykę przemiła jedna osoba oczyściła z gniazd nasiennych i też w kosteczkę ją. No i masełko na patelnię, a na masełko nasze owoce.





Panierkę robimy z samych białek wymieszanych z mlekiem – żadnego żółtka – dzięki temu rybą obtoczoną w mące wystarczy tylko przesunąć po jajku, nie trzeba jej całej taplać ze wszystkich stron – białko z mlekiem samo bardzo ładnie przylega do ryby. Później w bułce tartej i na patelnię olejem. Nie trzymamy nigdy ryby w panierce „bo sobie już wcześniej przygotowaliśmy”. Dzięki użyciu samego białka z mlekiem panierka po usmażeniu powinna być chrupka i lekka, taka z żółtkiem i nie daj Boże jeszcze trzymana w tej panierce przez dłuższy czas jest najczęściej ciężka, miękka i wilgotnawa.



Owoce smażymy na maśle ok. 3 minut, a później dodajemy do nich zalewę z pod ryby i dusimy jeszcze razem przez kilka minut. Banany zapewne się całkowicie rozpadną i zagęszczą nam nasz sos, i bardzo dobrze, tak być powinno.

Rybę oczywiście możemy lekko przypalić, jeśli jest się roztrzepanym prowadzącym i robi się jeszcze jednocześnie trzy rzeczy na raz. Ale generalnie powinna być na patelni po ok. 2 min. z każdej strony.

Podajemy rybę z sosem. Gdybyśmy przygotowywali to jako normalną porcję obiadową, to doskonale będzie do tego pasował ryż. Ale jako, że jesteśmy na warsztatach, to podajemy jak jest, i smażymy dalsze kawałki, w między czasie słysząc za swoimi plecami maksymalny tumult i obserwując kątem oka co się tam dzieje notujemy w pamięci, żeby następnym razem wziąć ze sobą dużą paczkę sztućców jednorazowych, żeby warsztatowicze nie musieli sobie widelców wyrywać z rąk i żebym ja z narażeniem życia nie musiał bronić ostatniego widelca brudnego od panierki, którego jeszcze używałem aktualnie do smażenia reszty.


Znaczy się… chyba smakowało. Z resztą z pokorą przyjmowałem to, że ustawił się sznurek najpierw do ryby a później do mnie, żeby mi powiedzieć, że pyszna, bo to ostatecznie nie mój przepis, jam go tylko wykonał i przekazał.
Ale przyznaję – ta ryba jest naprawdę bardzo bardzo smaczna – owoce orzeźwiają i nadają lekkości smażonemu mięsu ryby, lekka pikantność imbiru i chilli w zalewie przełamuje słodkawy smak. Ja po posiekaniu bananów skropiłem je lekko cytryną, żeby od razu nie sczerniały, co też na pewno miało swoje znaczenie, dzięki temu słodki smak ananasa nie zdominował całości, tylko nadał jej niesamowitej owocowej lekkości.
Polecam używać sosu sojowego jasnego [czyli tego najbardziej popularnego], ja w miniony weekend robiłem tą rybę jeszcze na prośbę moich rodziców, a u nich był tylko ciemny sos sojowy i… no miał ciut za bardzo wyrazisty smak, troszkę ciężkawy jak na ogólną lekkość dania.


Obiecuję, że jutro wrzucę ostatnią część relacji z soczewicą po etiopsku.

A poza tym, to wreszcie przestało dzisiaj lać… wprawdzie to prawda, co mówią, że nieźle się nam tu na południu powodzi, ale już bym bardzo chciał zobaczyć chociaż kawałek słońca, żeby sobie przypomnieć jak też ono wygląda.
dodajdo.com

wtorek, 11 maja 2010

AfroWarsztaty. Kurczak po kongijsku.

Zacznę od końca. No właściwie, to według planu powinna być pierwsza potrawa, która miała wyjść z kuchni. Niestety z powodu jakiejś awarii prądowej kurczak stał przez około godzinę, czy nawet więcej w letnim piekarniku i ani myślał się upiec. Uczynił to w końcu, ale prawie półtorej godziny po przewidywanym terminie zakończenia warsztatów. Wszystkie przepisy które przyrządzaliśmy w czasie naszych AfroWarsztatów, w tym i ten kurczak, były bardzo proste, ale jednocześnie bardzo smaczne. A sam przepis znalazłem na stronie ugotuj.to, a z tego co pamiętam dawno temu był chyba w dodatku do gazety wyborczej „kulinarny atlas świata”.

Potrzebujemy:
  • 1 średniego kurczaka
  • Ok. 4 łyżek sklarowanego masła
  • Pół szklanki masła orzechowego
  • 1/ 4 szklanki majonezu
  • Sól.
  • Pół szklanki posiekanych orzechów ziemnych.

A kurczaka przygotowujemy tak:Dzielimy go na klasyczne ćwiartki [na pół, wzdłuż kręgosłupa, a następnie udka na zgięciach]. Prosimy jedną z przemiłych warsztatowiczek, żeby roztopiła na patelence 4 łyżki masła klarowanego

A sami solimy kurczaka ze wszystkich stron,


A następnie smarujemy roztopionym masłem i układamy w brytfance, skórą w dół.


Wrzucamy do piekarnika rozgrzanego na 170 o C na pół godziny.


W międzyczasie prosimy kolejną przemiłą warsztatowiczkę, żeby wymieszała nam na jednolitą masę pół szklanki masła orzechowego z 1/ 4 szklanki majonezu.Tą masą - kiedy minie pół godziny, a my obrócimy kurczaka, tak żeby teraz znajdował się skórą [albo tym co z niej zostało i co nie przywarło do dna] do góry – smarujemy kurczaka dosyć obficie i wrzucamy jeszcze na 15 min. do piekarnika.


Siekamy orzechy ziemne, tak z pół szklanki, posypujemy nimi kurczaka i po chwili podajemy do degustacji. Kurczak znika w iście olimpijskim tempie, pochłaniany przez przemiłych warsztatowiczów i warsztatowiczki. [patrz niżej]


Tak to powinno, przynajmniej w teorii wyglądać. A to, że piekarnik nie był rozgrzany do 170 o C i że pozostał taki nierozgrzany jeszcze przez dłuższy czas, przez co masło zamiast odparować, pozostało w brytfance, za to kurczak puścił soki i w ogromnej ilości płynów, kiedy wreszcie piekarnik zaczął działać poprawnie, właściwie się ugotował a nie upiekł; i to, że został wreszcie podany po ponad 3 godzinach od rozpoczęcia, zamiast po godzinie, to to wszystko już zupełnie inna historia.

A tak na marginesie, to mogę jeszcze dodać, że owego kurczaka powinno się podać na żółtym ryżu [ zabarwionym kurkumą] i przesmażonych zielonych papryczkach, które najpierw obiera się ze skóry, a następnie smaży na oleju aż zbrązowieją.
Coś trochę na ten kształt:


Już wkrótce dalsza część relacji.


za zdjęcia dziękuję Ani i Ann
dodajdo.com
Blog Widget by LinkWithin