piątek, 30 października 2009

Coxinha – brazylijskie pałeczki.

Przepis na to danie znalazłem dawno temu w jakiejś gazecie. Jako, że portugalski to akurat nie jest jeden z tych języków jakie doskonale znamy i wymówienie tej nazwy nie wydawało się nam możliwe dla przeciętnego mieszkańca krajów słowiańskich, więc w naszym domu potrawa ta zaczęła funkcjonować pod nazwą hoksi-koksi. Z resztą nie tylko nazwa rozpoczęła własne, nowe życie w naszym domu, również nadzienie ulegało przeróżnym modyfikacjom.
Ponoć po portugalsku coxinha to po prostu ten kawałek kurczaka, który my nazywamy dramstikiem [ekchm… my tak naprawdę nazywamy to podudziem, a anglojęzyczni nazywają to drumstick’iem ale już mniejsza o większość], natomiast moja znajoma która mieszka w Brazylii [pozdrowienia Agapol – jeśli czasem tu zaglądasz!] mówiła mi, że właściwie tego terminu używają oni jako nazwy na wszelkiego rodzaju małe przekąski, które kształtem przypominają taką pałeczkę.
Ja tam nie wiem. Wiem, za to, że to bardzo fajne danie, my jedliśmy je dzisiaj na obiad, ale tak naprawdę świetnie się nadaje jako przekąska lub przystawka, na różnego rodzaju imprezy, podana z dobrym dipem do maczania. Fajne i na ciepło i na zimno.


Porcja dla 2-3 osób:
  • 1 pierś z kurczaka
  • 1/2 niewielkiej cebuli, posiekane
  • 1 ząbek czosnku, posiekany
  • 3 łyżki masła
  • 1 kostkę rosołową
  • Sól, pieprz
  • 2 szklanki mąki
  • 1 duże jajko
  • 150 g. sera żółtego startego
  • 3 łyżki kwaśnej śmietany 18%
  • Natka pietruszki
  • Szczypiorek
  • Łyżeczka musztardy.
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • Bułka tarta
  • Olej do głębokiego smażenia

Kurczaka, cebulę, czosnek masło i kostkę rosołową [najlepiej jeśli macie swoje] wrzucamy do gara, wlewamy ze 2 szklanki wody i gotujemy aż kurczak będzie miękki. Oczywiście jeśli istnieje potrzeba doprawiamy solą i pieprzem [wszystko w tej kwestii zależy od waszej kostki rosołowej]. Kiedy kurczak jest mięciutki wyciągamy go i odkładamy na chwilę do ostygnięcia, a rosół przecedzamy i odmierzamy 2 szklanki czystego bulionu.
Pierś siekamy drobno, albo wrzucamy do takiego bziuuuka [ja z racji lenistwa wrzucam do bziuka].
Ser mieszam ze śmietaną, posiekaną natką i szczypiorkiem, dodaję łyżeczkę musztardy – nie za ostrej, nie chcemy, żeby zdominowała smak. Sól, pieprz, sok z cytryny. W ogóle to w oryginale chyba był tutaj biały serek czy twarożek, zamiast tych moich mieszanek– też bardzo fajnie to smakowało, więc również tą wersję polecam, gdyby się ktoś natknął.

2 szklanki bulionu zagotowujemy, i wsypujemy 2 szklanki mąki cały czas energicznie mieszając, gotujemy jeszcze z minutę, ciasto odstawiamy do ostygnięcia. Kiedy już będzie miało odpowiednią temperaturę, żeby żółtko się nie ścięło wrzucamy jedno duże żółteczko.
To są trochę zachwiane proporcje w tym przepisie – oryginalnie powinno być odpowiednio na 1,5 szklanki mąki 1,5 szklanki bulionu i 1 żółtko, na 3 szklanki jednego i drugiego 2 jajka, więc ważne jest, żeby używając moich proporcji mieć faktycznie duże jajo.

Ciasto możemy rozwałkować i wykroić z niego kółka, chociaż przyznam, że my po prostu odrywaliśmy małe kulki i na dłoni formowaliśmy okrągłe placuszki. Do środka każdego ładowaliśmy nadzienie z posiekanego kurczaka i masy serowej. My dla ułatwienia oczywiście zmieszaliśmy je razem. Więc nadziewamy, zlepiamy ciasto jak pierogi, i nadajemy całości kształt przypominający trochę te całe pałeczki.

Białko roztrzepujemy z odrobiną mleka, pałeczki obtaczamy w jajku i bułce tartej.
Smażymy w głębokim oleju parę minut, aż będą ładnie brązowe.


Tyle. Gotowe, na talerzu możemy skropić lekko cytryną lub limoną. Można też podać jakiś dip do maczania – wedle fantazji.
Fajne połączenie konsystencji – po przebiciu się przez chrupiącą skorupkę wgryzamy się w delikatny miąższ. Delikatny smak kurczaka bardzo fajnie komponuje się ze smakiem wywaru, który pozostał w cieście, dodatkowo podkreślony przez kwaśnawo-ostrawy smak nadzienia serowego.

dodajdo.com

niedziela, 25 października 2009

Baranio-dyniowa, jesienna zupa pasterska.

Zniknąłem ostatnio, przepadłem, wsiąkłem, nie było mnie i nie było. Nie jest łatwo łączyć pracowanie i blogowanie. Pracowanie i gotowanie, jeszcze jakoś, ale jeszcze blogowanie… ech… A ponadto, kocham swoją pracę, ale prawda jest taka, że komputer na dłuższą metę wysysa życie… i jeszcze jesień do tego... ech…
No! Dość tych utyskiwań.
Dynie mi moi kochani wyrosły jakieś takie nijakie. Na ozdobę chyba… małe takie, a twarde jak pierón. Ja się spodziewałem wielkich pękatych kul, a tutaj jakieś tykwy za przeproszeniem. Więc dumałem długo jakby te dziady jedne spożytkować, a jako, że napatoczyła mi się skądinąd baranina, to wydumałem. Zupę! Gulasz taki właściwie… Nazwałem sobie to to jesienna zupa pasterska – no bo tak sobie pomyślałem, że jakbym był pasterzem i dorwał gdzieś kawałek dyni, to na pewno bym właśnie taką zupę popełnił, coby mnie grzała w jesienne wieczory, że hej!


  • 0,5 kg. Mięsa baraniego na gulasz.
  • 1 kg wydrążonego miąższu z dyni.
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżeczki rozmarynu
  • 2 łyżki octu
  • 2 łyżki oliwy
  • 0,5 litra wody
  • łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki papryki słodkiej
  • Łyżeczka papryki ostrej
  • 3 łyżki keczupu
  • Szczypta majeranku
  • Parę ziaren ziela angielskiego
  • 2 liście laurowe
  • 200g śmietany 12lub18%
  • 1 kopiata łyżka mąki.

Mięso kroimy w kostkę, czosnek wyciskamy do rozmarynu, dodajemy ocet i oliwę, w tej mieszance obtaczamy mięso i odstawiamy do lodówki na ok. godzinkę, półtorej. Ja oczywiście wciąż używam suszonego rozmarynu, z powodu, że dziadostwo mnie nie lubi i nie chce u mnie rosnąć i schnie i co tylko, a nowych, z przemrożonych nasion jeszcze nie wyhodowałem. Ale jeśli ktoś ma świeży rozmaryn to tym lepiej dla niego.

W garnku rozgrzewamy oliwę i wrzucamy na nią mięso, smażymy ze wszystkich stron. Dorzucamy miąższ z dyni pokrojony w kosteczkę, czy jak tam wam wyjdzie - ja wydłubywałem z tej dyni łyżką, więc był w takie … hmmm… piórka bym powiedział. Dusimy razem na średnim ogniu, ok. 10-15min. aż dynia zacznie mięknąć. Następnie dolewamy wodę, i dosalamy całość. Dorzucamy tez przyprawy – liście laurowe, ziele angielskie, paprykę i majeranek. Gotujemy jakieś 20 min. mieszając co jakiś czas. Po tym czasie dodajemy jeszcze keczup. Ja dałem 3 duże łyżki – ale zależy od waszego smaku. Gotujemy jeszcze chwilkę. W międzyczasie dynia powinna się prawie całkiem porozpadać zagęszczając naszą zupę. Odławiamy liście laurowe i ziele angielskie.
W miseczce mieszamy śmietanę z mąką i wlewamy całość do zupy. Dokładnie mieszamy, gotujemy na małym ogniu z 5 min, po czym rozlewamy do miseczek i podajemy.


Ja te małe dynki wziąłem i wydrążyłem i zrobiłem z nich takie miseczki – w nich właśnie podałem tą zupę. Oczywiście wywołało to ogólny zachwyt, bo trzeba przyznać całkiem fajnie wyglądało, ale tak szczerze – nie miało wpływu na smak, więc jak takich nie macie, to się nie przejmujcie wcale.
Połączenie aromatów rozmarynowo –czosnkowych świetnie sprawdza się w kompilacji z baraniną, razem przełamując dyniową łagodność, czy nawet lekką mdłość chwilami. Całkiem mi to odpowiadało muszę przyznać i goście też zadowoleni bardzo byli. No i dobrze, tyle przynajmniej pożytku z tych dyniów – dziadygów niewyrośniętych było.
A wy jak kiedyś dostaniecie od kogoś nasiona dyni, to się upewnijcie co to za rodzaj i czy na pewno duże i ładne dynie do jedzenia z tego będą, czy może to jakaś kolejna odmiana ozdobnych nie jest…


dodajdo.com

wtorek, 6 października 2009

Zapiekanka z wołowiny z piwem i serem w cieście francuskim od Jamiego Olivera.

Rzadko bardzo zdarza się, żebym z jakiejkolwiek książki kucharskiej realizował przepis tak jak leci. Zazwyczaj są one dla mnie co najwyżej inspiracją do wymyślania swoich przepisów. Ale z tej książki to już któryś przepis, który robimy od tak, jak leci, bez mrugnięcia okiem prawie. Co będę gadał dużo - kuchnia Jamiego prawie idealnie wpasowuje się w mój gust, ta książka z resztą też o czym już kiedyś pisałem. Dzisiaj gotowaliśmy razem z żoną moją najmilszą, a ona w przeciwieństwie do mnie, niemalże restrykcyjnie trzyma się przepisów. Zmiany były bardzo nieznaczne i wynikające bardziej z niedoborów materiałowych niż z naszej inwencji twórczej. Więc właściwie nie pozostaje mi nic innego jak po prostu przepis powtórzyć za Jamiem:

Na 4-6porcji:
  • Oliwa
  • 3 średnie czerwone cebule, obrane i posiekane
  • 3 ząbki czosnku , obrane i posiekane
  • 30g masła, plus jeszcze trochę do natłuszczenia formy
  • 2 marchewki, obrane i posiekane
  • 2 łodygi selera, przycięte i posiekane
  • 4 pieczarki obrane i pokrojone w plasterki
  • 1 kg mostka wołowego (lub wołowiny na gulasz) pokrojonego w kostkę o boku 2cm.
  • Igiełki zerwane z kilku gałązek rozmarynu, posiekane
  • Sól morska i świeżo zmielony pieprz czarny
  • 1 puszka piwa Guinness
  • 2 czubate łyżki mąki pszennej
  • 200g świeżo startego sera cheddar
  • 500g gotowego ciasta francuskiego
  • 1 duże jajko rozmącone.

Piekarnik rozgrzewamy do 190 oC. W dużym rondlu na oliwie przesmażamy cebulę, następnie dodajemy czosnek i masło, marchew, seler i grzyby. Oczywiście z nieznanych przyczyn nagle w naszym mieście powiatowym we wszystkich sklepach zabrakło selera naciowego czy nawet takiego zwykłego z nacią. Więc użyliśmy po prostu odrobiny zwykłego selera pokrojonego w słupki. Mieszamy wszystko i dusimy razem, a następnie dodajmy mięso, rozmaryn szczyptę soli oraz płaską łyżkę pieprzu. Rozmarynu dodaliśmy suszonego, bo z jakiegoś powodu moje ulubione zioła czyli bazylia i rozmaryn mnie nie darzą takim samym uczuciem jak ja je i nie chcą u mnie rosnąć, usychają od razu, padają, diabli wiedzą co się z nimi dzieje, ale z całą pewnością nie rozwijają się jak ten rozmaryn z piosenki.


Smażymy na dużym ogniu 3-4min. A potem wlewamy piwo. Oczywiście – pewnie się domyślacie – skoro nie było selera naciowego nigdzie, to skąd wzięliśmy taki rarytas jak Guinness – nie wzięliśmy, oto odpowiedź. Można użyć każdego piwa ciemnego, może nie akurat portera, ale ciemnych piw na styl Guinnessa w Polsce coraz więcej, a jeśli ktoś mieszka w mieście granicznym i ma pod ręką szeroki wybór czeskich piw, to już w ogóle nie powinien narzekać. Cały czas mieszając dodajemy pomału mąkę a następnie dolewamy odrobinę wody, tyle tylko, żeby płyn przykrył mięso. Powoli doprowadzamy do wrzenia, przykrywamy rondel pokrywką i do piekarnika dziada. Oczywiście warto zadbać, żeby rondel nie miał plastikowych czy drewnianych uchwytów i żeby można go było wstawić do gorącego piekarnika. Ma tam siedzieć 1,5 godziny około, po tym czasie wyciągamy, dokładnie mieszamy całość i wkładamy jeszcze do piekarnika na godzinkę, albo po prostu aż mięso będzie miękkie a gulasz ciemny i w miarę gęsty. Tak zupełnie szczerze, to myśmy trzymali go w środku już tylko pół godziny. Jeśli po wyciągnięciu mamy nadal za dużo płynu to grzejemy na palniku i odparowujemy nadmiar. To jest też dobry czas na doprawienie nadzienia do smaku, jeśli mu czegoś brakuje – w naszym przypadku była to właściwie tylko odrobina soli. Zdejmujemy z ognia, dodajemy połowę sera, a następnie odstawiamy, żeby mięso troszkę przestygło.


Masłem wysmarowujemy formę, część ciasta francuskiego [ok.2/3] rozkładamy w niej, tak, żeby wyścieliło dokładnie całą formę i wystawało odrobinę na brzegach. Do środka wrzucamy nadzienie, wyrównujemy z góry, posypujemy pozostałą częścią sera i przykrywamy pozostałym płatem ciasta. Ciasto powinno przykrywać całe nadzienie i szczelnie je zamykać w środku. Wystające brzegi ciasta zawijamy razem. Wierzch smarujemy rozmąconym jajkiem, możemy też lekko ponacinać tworząc kratkę, czy jakiś inny fantazyjny wzorek – zależnie od naszej kreatywności.
Do piekarnika na 45min.

Jak dla mnie bomba, uwielbiam takie smaki. Strasznie mi podeszło połączenie smaków wołowiny z rozmarynem, które ja już wielokrotnie stosowałem w kuchni przełamane charakterystyczną nutką sera cheddar i podkreślone lekkim piwnym aromatem.
Wbrew pozorom nie wymaga też strasznie długiego stania przy garach – nadzienie się robi stosunkowo szybko, a później to już praktycznie sobie siedzi samo w piekarniku.


Bardzo bardzo polecam, tym bardziej, że przepis nie mój, więc nie będę posądzony o jakąś tam autoreklamę, czy inne takie pierdoły.



dodajdo.com

sobota, 26 września 2009

Wędzone dzwonki łososia, na makaronie z sosem szpinakowym.

Łososia uwielbiam, prawie zawsze i wszędzie. I chyba jeszcze nie zdarzyło się, żeby gdzieś mi łosoś nie smakował. Bo tak naprawdę ta wspaniała ryba oprócz niesamowitego smaku posiada również jedną cenną właściwość – trzeba się bardzo postarać, żeby ją zepsuć.
Wymyśliliśmy dzisiaj sobie takiego łososia, uwędzonego. To jest świetny sposób na przygotowanie nie tylko łososia, ale także innych ryb. Wystarczy parę drewnianych wiórków, piekarnik i np. brytfanka z kratką i można przyrządzić świetną rybę.


Dla 2 osób:

  • 4 dzwonki łososia
  • Sól, pieprz, tymianek, oliwa.
  • Odrobinę wiórków drewnianych
  • Paczka szpinaku
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżeczki musztardy
  • 4 łyżki śmietany 18%
  • 2-3 żółtka
  • 40 g. masła
  • Sól, pieprz.
  • Makaron
  • Garść łuskanych orzechów włoskich

Rozgrzewam piekarnik i wstawiam do niego tackę z wiórami – same zaczną się tlić robiąc dym w którym będę wędził łososia. Dzwonki oprószam solą, pieprzem i tymiankiem i lekko skrapiam oliwą.
W między czasie na patelni przesmażam drobno posiekany ząbal czosnku, i dodaje szpinak. Duszę chwilę razem przyprawiając solą, pieprzem i 2 łyżeczkami musztardy. Kiedy nadmiar wody całkiem odparuje dorzucam 4 łyżki śmietany 18%. I znów mieszając chwilę męczę na ogniu.
W międzyczasie do piekarnika na grill umieszczony nad tacką z wiórkami układam łososia. Jeśli używacie brytfanki z kratką, to w ogóle po kłopocie.
Szpinak zdejmuję z ognia i mixuję jeszcze na wszelki wypadek na gładką masę. Odkładam do schłodzenia.
Nastawiam wodę na makaron.
Orzechy siekam i prażę na czystej patelni.
Na garnku z gotującą się wodą [ale osobnym – nie tam gdzie będzie makaron oczywiście] układam metalową miskę, tak, żeby nie stykała się z wodą, ale żeby grzała się od pary. Wkładam tam przestudzoną masę szpinakową dorzucam 3 żółtka i mieszam trzepaczką, tak, żeby żółtka się nie ścięły, ale żeby utworzyły ze szpinakiem jednolity sos. W międzyczasie na patelence roztapiam masło.
Gdzieś tam po drodze przewróciłem łososia na drugi bok i teraz już myślę, że jego czas w piekarniku zbliża się do końca. I dobrze, bo i przygotowania pozostałych składników też.
Gotowy makaron odcedzam.
Do szpinaku dolewam ostrożnie stopione masło, mieszam dokładnie trzepaczką, aż sos stanie się jednolity i lekko aksamitny.

Łososia wykładam na makaron, zlewam z góry sosem, obsypuję orzechami. Voila!
Bardzo smaczne, troszkę wykwintne nawet powiedziałbym.



A do samego przepisu myślę, że kiedyś jeszcze wrócę. Może wtedy jak się nauczę robić dobre zdjęcia i zakupię lepszy aparat, żeby było się czym pochwalić. Przygotuję sobie też wcześniej składniki, a nie tak na spontana jak zwykle – myślę, że na innym makaronie wyglądałby ten łosoś dużo lepiej niż na tych zwykłych rurkach, które znalazłem w spiżarce na przykład na zielonym tagliatelle. Myślę sobie też o użyciu śmietanki 30 do szpinaku i popracowaniu nad lekkością i aksamitnością sosu.
Tak czy siak – polecam, bo warto bardzo.
dodajdo.com

środa, 23 września 2009

Kurczak w boczku na śliwkowym chutneyu

Jedną z moich ulubionych jesiennych przekąsek są suszone śliwki owinięte w wędzony boczek i przesmażone na patelni, bądź grillowane. Za każdym razem jak czuję ten smak widzę przed sobą piękną, ciepłą, złotą jesień. Widzę kolorowe, chrzęszczące liście walające się niedbale po trawniku. Czuję zapach dymu z ogniska i powiewy chłodniejszego już wiatru na policzkach. Kubek ciepłej zielonej herbaty w ręce, albo grzanego piwa o korzennym zapachu. Tak właśnie wyglądał jeden z naszych pierwszych wspólnych spacerów z pierwszym kuchcikiem… Uwielbiam.
Ale przekąska to przekąska a obiad to obiad.
Wymyśliłem sobie więc coś, co będzie nawiązaniem do tych miłych wspomnień, a jednocześnie pozwoli i mi i moim domownikom kochanym zapełnić żołądeczki. Bardzo fajnie to wyszło. Zdjęcia nie wyszły fajnie, ale jedzenie wyszło fajne. Jesienne takie. Pełne wysyconych kolorów i słodko-kwaśnych smaków odchodzącego lata.


  • Ok. 70 dkg śliwek węgierek bez pestek.
  • Ok. 0,5 kg piersi z kurczaka
  • 6-7 długich plastrów wędzonego boczku
  • 2 łyżki powideł śliwkowych
  • Ze 2 – 3 dorodne pomidory
  • Jedna papryka.
  • Pół pęczka pietruszki
  • Pół pęczka szczypioru
  • Sól,
  • pieprz,
  • curry,
  • słodka papryka,
  • papryka ostra.
  • Ewentualnie sos śliwkowy, lub sos sojowy.
Pierwszy kuchcik nie pamięta tamtego wspólnego jesiennego spaceru, kiedy zrobiliśmy sobie przerwę siadając w „właściwie już zamkniętym” ogródku pewnej knajpki i zamówiliśmy suszone śliwki grillowane w boczku. Ale pomysł zrobienia na obiad kurczaka ze śliwkami bardzo mu się spodobał i ochoczo zabrał się do pracy. Tak, tak moi drodzy – wy pewnie myśleliście, że tytuł „pierwszego kuchcika” to tytuł honorowy. O, nie! Pierwszy kuchcik zawsze jest chętny do pomocy, a jeśli się nie da, to przynajmniej do obserwacji stojąc na palcach na krześle, żeby widzieć co ja też tam robię w tych garach. Dzisiaj dostał odpowiedzialne zadania pokrojenia śliwek. Bardzo był tym przejęty, z resztą i słusznie, bo od dobrze pokrojonych śliwek pomyślność całego obiadu zawisła.


Tak więc – śliwki drelujemy i kroimy w kosteczkę. Pierś z kurczaka oczyszczamy z błon i kosteczki mostkowej, kroimy na 6 części. Obsypujemy solą i pieprzem, odrobiną curry i słodkiej papryki i przesmażamy na złoto z dwóch stron na patelni. Ściągamy, czekamy aż chwilę przestygną, owijamy każdy kawałek w plaster boczku. Spinamy wykałaczką, żeby się boczek nie rozlazł. Raz jeszcze przesmażamy z obydwu stron, tak, żeby tym razem boczek stał się złocisty i lekko chrupiący.
Gotowe wykładamy na talerz. A na patelnie wrzucamy śliwki. Smażymy chwilę, dorzucamy ze 2 łyżki powideł. Najlepiej takich domowych – co żona zrobiła kilka dni wcześniej, ale jeśli nie macie takich, no cóż – sklepowe też się nadadzą. Kiedy śliwki już puszczą sok, dorzucamy posiekaną paprykę i pomidory. Dusimy razem, mieszając co jakiś czas, aż z połowa soków odparuje. Możemy doprawić teraz całość – sól, pieprz, ostra papryka do smaku. Ja użyłem jeszcze łyżki zdobycznego sosu śliwkowego, co go tam kiedyś w grillowym konkursie wygrałem, ale jak nie macie, to możecie dodać odrobinę sojowego, żeby pogłębić środkowy smak, tzw. umami. Ale tak szczerze to i bez tego się obejdzie.
Kiedy z połowa płynów odparuje, zmniejszamy ogień i na wierzch kładziemy piersi z kurczaka które wcześniej przesmażyliśmy. Przykrywamy i dusimy razem jeszcze jakieś 15 min. Na koniec wszystko obsypujemy posiekaną pietruszką i szczypiorkiem, mieszamy parę razy i gotowe.


Pierwszy kuchcik, to czasem dziwna osobowość – bo cały czas się cieszył na ten obiad i go przygotowywał i w ogóle, a jak przyszło co do czego, to stwierdził, że ona chce tylko kaszę. I tylko kaszę zjadł. Za to innym domownikom bardzo ten obiad smakował. Mi też z resztą, ale apetytu na jesienną przekąskę z suszonych śliwek nie zniwelował. Wręcz przeciwnie.
Smaki? Słodko-kwaśny, przełamany jesiennymi nutami lekkiej gorzkości, tam gdzie śliwki bądź powidła bardziej przywarły. Delikatny smak kurczaka podkreślony mocnym, głębokim smakiem wędzonego boczku.
Jak to powiedział jeden ze stołowników „Ja się jaram!”
dodajdo.com

poniedziałek, 21 września 2009

Pieróg drożdżowy z nadzieniem na wiejsko.

Moi państwo to co się ostatnio dzieje, to jakieś istne szaleństwo, z początkiem września [czy właściwie jeszcze końcem sierpnia] wszyscy stwierdzili, że właśnie teraz potrzebują moich usług i to w ilości dużej. Efekt był taki, że ostatnie 3 tygodnie spędziłem przed komputerem, a
sen 3 godz./na dobę był wyjątkowym luksusem. Gotować nawet parę razy gotowałem, ale prawda taka, że nie spisałem przepisów i teraz pomimo zdjęć już nie jestem w stanie wam odtworzyć tego co tam i w jakiej kolejności nawrzucałem do tych garów. Już to nieraz mówiłem i teraz znów powtórzę – gotowanie jest znacznie prostsze niż blogowanie.

Ale z zakamarków pamięci udało mi się wygrzebać jedną rzecz, która w ostatnim czasie wymyśliłem. Kiedy pierwszy raz zrobiłem coś podobnego pół roku temu, to mój ukochany syn – pierwszy kuchcik zawołał: „Mamo, Mamo!!! Tata ugotował BUT!”. Jak się domyślacie – po takiej pierwszej recenzji nie miałem już odwagi wrzucać tego na bloga.
Ale tym razem wyszło znacznie lepiej.


  • 5 dkg drożdzy
  • 3/4 szklanki mleka
  • 2 szklanki mąki.
  • Odrobina soli i szczypta ziół prowansalskich
  • 1-2 kiełbasy „wiejskie”, „chłopskie”, „z komina” czy jakieś temu podobne.
  • 1 cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 100 g boczku wędzonego
  • Ok. 300 g. obranej i wydrążonej cukinii
  • 150 g. śmietany 12%
  • Trochę startego żółtego sera.
  • Sól,
  • pieprz,
  • tymianek

Drożdże rozrabiamy w mleku, następnie wyrabiamy z mąką na ciasto, dodajemy sól i zioła, jeśli trzeba, dodajemy trochę wody – ciasto powinno być w miarę elastyczne, ale nie rzadkie.
Odstawiamy na bok, pod przykryciem.

Na patelni przesmażamy posiekany w kosteczkę boczek, i kiełbasę. Dorzucamy posiekaną cebulę i czosnek, razem dusimy chwilkę, kiedy cebulka zmięknie wrzucamy cukinie pokrojoną w kosteczkę. Solimy, pieprzymy, obsypujemy tymiankiem. Dusimy razem chwilkę.
W miseczce mieszamy śmietanę ze startym serem i odrobiną soli, wrzucamy na patelnię. Mieszamy, gotujemy aż śmietana trochę zgęstnieje.

Ciasto rozwałkowujemy na duży placek, blachę do pieczenia, albo formę smarujemy oliwą. Ja zrobiłem tak, że ciastem wyłożyłem formę, wrzuciłem do tego nadzienie i zamknąłem od góry pozostałą częścią ciasta. Nie miało to typowo pierogowego kształtu, ale wolałem niepierogowatego pieroga, niż żeby znowu mi dziecko wmawiało, że but ugotowałem.
Wierzchnią część ponacinałem nożem, żeby nie urosła strasznie do góry.
Do piekarnika 200 o C, na 15 -20 min.



Tym razem obyło się bez szewskich inwektyw, co więcej smakowało wszystkim i nawet jakieś wyraz uznania usłyszałem od pierwszego kuchcika. Trochę przypominało calzone, no bo to w końcu nic innego jak drożdżowe ciasto, prawie pizzowe z nadzieniem.

A, jeszcze mam takie pytanie – czy ktoś z was ogląda czasem to olive&flour cooking tv w prawej kolumnie? Być może będą się szykowały jakieś zmiany na blogu i zastanawiam się jak wy się zapatrujecie na ten element strony. Będę wdzięczny za szczere wypowiedzi i to w jak największej ilości.

dodajdo.com

wtorek, 1 września 2009

Prosta śniadaniowa pasta łososiowa

Jedno ze śniadań, które uwielbiamy z żoną, to bardzo prosta pasta z wędzonego łososia i serka twarogowego. Dzisiaj śniadanie wyglądało zupełnie inaczej niż norma ostatnich kilku tygodni – goście wyjechali, więc zostaliśmy sami a w dodatku pierwszy kuchcik właśnie po raz pierwszy poszedł do przedszkola i nagle nasz dom zrobił się taki wieeelki i pusty i jakiś nad wyraz cichy i spokojny. To była świetna okazja na takie śniadanko, nawet powiem więcej – tak mnie to natchnęło, że postanowiłem standardowy przepis troszkę podkręcić i wyszło naprawdę rewelacyjnie.


  • 125 g serka twarogowego półtłustego
  • Ok. 50 g sera typu feta
  • 100 g łososia wędzonego
  • 1 niewielka cebulka
  • Łyżka masła
  • Ok. 2-3 łyżek śmietanki 30%
  • Kilka szczypiorków.
  • Sól, pieprz.

Na patelni roztopiłem masło i na bardzo małym ogniu dusiłem w nim posiekaną cebulkę, kiedy się zeszkliła dolałem ok. 2-3 łyżek śmietany kremówki. Nadal na bardzo małym ogniu gotowałem mieszając co jakiś czas aż całość mocno zgęstniała i konsystencją przypominała odrobinę roztopiony, bulgoczący ser.
W miseczce wymieszałem dokładnie pokruszony twaróg i posiekaną i pokruszoną fetę. Następnie dodałem do tego sosu cebulowo-śmietanowego. Szczypiory posiekałem drobniutko i dodałem do twarogu.
Zazwyczaj, w wersji podstawowej, nie robię tej duszonej cebulki, tylko dodaję po prostu surową do sera – w mniejszej ilości oczywiście. A odrobiny szczypioru postanowiłem dzisiaj użyć, bo pomyślałem, że będzie fajnie przełamywał maślano-śmietanowy smak słodkawej cebuli duszonej.
Teraz wiadomo – pasta ma być łososiowa – więc siekamy wędzonego łososia [można też użyć po prostu sałatkowego] dorzucamy do reszty, mieszamy – jeśli trzeba doprawiamy solą i pieprzem.


Bardzo fajnie pasuje ze świeżymi grahamkami, przyozdobione odrobiną koperku.

dodajdo.com
Blog Widget by LinkWithin