Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekąska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekąska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 marca 2010

Warsztatowe opowieści o świecie. Indyjskie Alu Kofty i przyprawa garam masala.

Ostatnią potrawą którą przygotowałem dla uczestników warsztatów, na których Ania i Piotrek opowiadali o kobiecie w kulturach, była indyjska Alu Kofta, wraz z ostrym sosem jogurtowym. To danie jest chyba najbardziej rozpoznawalnym u nas specjałem kuchni Indyjskiej, nie tylko ze względu na swój wegetariański charakter i nie tylko dzięki Krysznaitom, ale przede wszystkim dlatego, że jest bardzo smaczne, chociaż zupełnie inne niż nasze codzienne smaki. No i fantastycznie nadaje się jako przekąseczka na wszelkiego rodzaju imprezy.
Kiedy pierwszego dnia w Orzeszu panie pytały mnie o przepis i im po kolei wszystko wyłuszczałem pojawił się nagle pewien problem – skąd wziąć indyjską przyprawę garam masala i czy da się ją jakoś zastąpić? Ha! Ale mnie zaćmiło w tym momencie to aż szkoda mówić, bo oczywiście powiedziałem paniom, że w sklepach indyjskich jest dostępna, że w sklepach ze zdrową żywnością czasem też, ale że bez najmniejszego problemu można kupić przez internet, za parę złotych np. na allegro, to już w ogóle się nie zająknąłem – sam nie wiem czemu. Ale, ale! Pomysł, że można by taką garam masale przygotować w domu [w końcu to mieszanka przypraw] tak mnie zainspirował, że poszukałem, pogrzebałem i na drugi dzień już do Strumienia przygotowałem Alu Kofty w których skład weszła własnoręcznie przeze mnie przygotowana mieszanka. I były bardzo dobre! Bardzo.


Zacznę więc od samej garam masali:

  • 3 łyżeczki pieprzu czarnego
  • 3 łyżeczki kuminu [jeśli go nie mamy, można w ostateczności zastąpić kminkiem, dając go odrobinę mniej, bo ma mocniejszy, bardziej ordynarny smak]
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • Ok. 0,7 łyżeczki goździków
  • 1,5 łyżeczki kardamonu
  • 3 łyżeczki ziaren kolendry
  • 0,5 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
  • Ok.1 łyżeczka pokruszonych liści laurowych.

Wszystkie przyprawy po kolei [oprócz gałki i liści] prażymy po minucie na patelence [oddzielnie!]. Następnie mielimy wszystko razem [już z gałką i liśćmi]. To wszystko! Proste jak drut! Zapach świeżo zmielonych i prażonych przypraw jest super intensywny!
Więc teraz jak już wszystko wiemy o garam masali przechodzimy do przepisów na sos i kuleczki.

Do kuleczek potrzebujemy:
  • 5 ziemniaków,
  • 0,5 kalafiora *
  • 10 dag mąki z ciecierzycy [można zastąpić pszenną, co też uczyniliśmy]
  • 3 łyżki posiekanej świeżej kolendry **
  • sól, pieprz, garam masala
  • olej do smażenia

* [my wymieszaliśmy kalafiora pół na pół z brokułem – głownie ze względu na sezonowość i dostępność tych warzyw, ale jeśli chodzi o smak, to moim zdaniem zadziałało tylko na plus]

** [kolendra ma specyficzny smak – niektórzy ją ubóstwiają, inni nienawidzą – przygotowując danie dla tak dużej ilości osób stwierdziłem, że nie ma co ryzykować i użyłem po prostu zielonej pietruszki, a do smaku dodałem odrobinę utłuczonych w moździerzu ziaren kolendry]

Sos:
  • 0,5 kg posiekanych pomidorów bez skórki [mogą być z puszki]
  • 0,5 łyżki ghee [klarownego masła]***
  • 0,5 łyżeczki startego imbiru,
  • 0,5 łyżeczki kurkumy
  • 0,5 łyżeczki mielonego kuminu [możemy zastąpić kminkiem]
  • Sól, pieprz, chili
  • 8,5 dkg. Jogurtu.

*** klarowne masło można kupić w niektórych sklepach – wypuściła je bodajże mlekovita i jest dostępne w takich małych wiaderkach. Można też po prostu wyklarować masło samemu w domu tak jak tutaj.

Zacznijmy od sosu: na rozgrzane masło klarowne wrzucamy imbir z odrobiną chili, do naszych nozdrzy dochodzi silny zapach, wtedy dorzucamy resztę przypraw i chwilę smażymy razem mieszając. Później wrzucamy pomidorki i dusimy na małym ogniu pod przykryciem, oczywiście cały czas mieszając. Kiedy powstanie nam gęsty sos przecieramy całość przez sito [dla ekstremalnych leni – miksujemy bziuukiem] i mieszamy z jogurtem.
Kuleczki przygotowujemy tak – ziemniaki i kalafiora gotujemy na pół twardo, następnie przecieramy przez tarkę z dużymi oczkami [Ał! No ale to trzeba zaczekać aż troszkę ostygną!]. Mieszamy z resztą składników [mąka, kolendra i przyprawy] wyrabiamy ok. 2 minut. Z masy formujemy kulki o średnicy ok. 3cm, smażymy na gorącym oleju.
Podajemy z ciepłym sosem jogurtowym, w którym maczamy Alu Kofty.
Bardzo smaczna, a jednocześnie ciekawa i tania przekąska.

To ostatni wpis z cyklu warsztatowych opowieści o świecie. Muszę wam powiedzieć, że było to niesamowite doświadczenie i wspaniała przygoda; i pomimo, że to był mój pierwszy raz, kiedy gotowałem dla tak szerokiej publiki, to myślę, że nie ostatni. Ania i Piotrek chyba są podobnego zdania, bo już mnie dopytywali, czy nie chciałbym tak częściej z nimi występować. A ja cóż, nie ukrywam, że miło jest słyszeć od całej masy ludzi naraz, że coś co przyrządziłem jest pyszne, albo widzieć zdziwienie graniczące z niedowierzaniem, kiedy na niemal oczywiste pytanie, której restauracji jestem właścicielem, ja odpowiadam, że żadnej, mało tego - w ogóle na co dzień nie pracuję w gastronomii…
A po tym wszystkim, kiedy już wszystko było zjedzone, kiedy emocje już powoli opadały, wróciłem do domu z dwoma koszami brudnych garów i połową baniaczka morawskiego Cabernet-savignion, które dostałem od Piotrka. I popijając z moją kochaną żoną wino opowiadałem jej jak to było. Bo widzicie – ona przez te dwa dni dzielnie ze mną walczyła w kuchni i bez niej w życiu nie dałbym rady, a na koniec, ponieważ ktoś musiał zostać z kuchcikami – ominęła ją ta najprzyjemniejsza część – kiedy można widzieć, że ludziom to po prostu smakuje, kiedy można na własne oczy obserwować, że wszystko znika w olimpijskim niemal tempie.
Dziękuję.

Opowiadamy o świecie
dodajdo.com

czwartek, 11 marca 2010

Warsztatowe opowieści o świecie. Kenijskie ciasteczka Mandazi.

Drugiego dnia naszych wspólnych, z Anią i Piotrkiem opowieści o świecie, w Strumieniu na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem prezentacji podszedł do nas dyrektor i z rozbrajającym uśmiechem powiedział, że „No! Już mamy setkę”. Na początku miałem nadzieje, że chodzi może o taką setkę „na odwagę” – chociaż i tak bym z niej nie skorzystał. Ale nie, jednak chodziło o setkę ludzi... a jak się łatwo domyśleć przez te pozostałe 20 min. jeszcze kilkadziesiąt zdążyło dobić. Muszę przyznać, że to było przeżycie. Sos quacamole tym razem poszedł mi sprawniej, za to z takim zapałem zabrałem się za mieszanie podgrzewanego sosu do Alu kofty, że rozlałem go na kuchenkę i uniósł się nad moim stanowiskiem siwy dym. Ale ponoć to nawet wyglądało na efekt zamierzony.
Tego drugiego dnia do zestawu który już prezentowałem dzień wcześniej dorzuciłem również afrykańskie ciasteczka, które mnie osobiście urzekły i prostotą wykonania i smakiem. Mandazi są ponoć popularne szczególnie w Kenii i Tanzanii, gdzie podaje się je z filiżanką kawy lub herbaty. Przypominają nasze pączki, czy nawet bardziej faworki [tudzież chrust], ale da się wyczuć na końcu smaku delikatną nutkę kokosową.



  • 4 łyżeczki suszonych drożdży
  • 4 łyżki cukru
  • Ok. Szklanki mleka kokosowego
  • 1,5 szklanki mąki
  • Sól
  • Olej do głębokiego smażenia.

Drożdże mieszamy z 2 łyżkami cukru i niedużą ilością ciepłej wody i odstawiamy na jakieś 15 min. W tym czasie mieszamy przesianą mąkę z solą i resztą cukru. Dodajemy drożdże, a następnie wyrabiając dodajemy tyle mleka kokosowego, żeby powstało dosyć twarde ciasto – nam wyszło go mniej niż szklanka – ok.2/3. Zagniatamy i odstawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia na ok. 45minut. Po tym czasie rozwałkowujemy na grubość ok. 0,5cm. i wykrawamy trójkąciki o bokach ok. 3-4 cm. Zostawiamy jeszcze na jakieś 15min. do wyrośnięcia. W tym czasie rozgrzewamy olej i wyrośnięte trójkąciki wrzucamy do gorącego oleju, one po chwili wypływają i jak się zrumienią z jednej strony, to przewracamy je na drugą. Odsączamy troszkę na ręcznikach papierowych i podajemy na ciepło.


Są pyszne. Nie wiem czemu, może to zasługa mleczka kokosowego, ale ciągną znacznie mniej oleju niż tradycyjne domowe pączki. Nas osobiście tak bardzo zachwyciły, że na drugi dzień zrobiliśmy jeszcze raz porcję dla nas samych, do kawki.
A i w Strumieniu widać było, że smakują, pomimo, że miałem ogroooomną ich porcję, która znacznie przewyższała ilość uczestników, to jednak do domu nie przywiozłem ani jednego. Powiem więcej – nie umiałem nadążyć z wykładaniem ich. W ferworze biegania z dokładkami kolejnych przekąsek zauważyłem kontem oka, że nawet jakaś pani posmarowała sobie ciasteczko mandazi sosem quacamole, który stał niedaleko – zaraz obok chimichang… no cóż… nie wiem jak takie zestawienie mogło pasować, ale pani miała bardzo zadowoloną minę. Chociaż mógł to być również wpływ całkiem dobrych win morawskich, które serwowali Ania i Piotrek.



Na dzisiaj tyle, ale wrócę jeszcze niedługo, żeby wam opowiedzieć o chińskiej galaretce migdałowej i indyjskiej Alu Kofcie.

Opowiadamy o świecie
dodajdo.com

wtorek, 9 marca 2010

Warsztatowe opowieści o świecie. Meksykańska Chimichanga z sosem quacamole.

Kochani, co się to porobiło, to bym jeszcze niedawno nie podejrzewał. Ania i Piotrek z "Opowiadamy o świecie", zaprosili mnie, żebym przygotował przekąseczki z różnych stron świata i zaserwował je w czasie warsztatów, na których oni będą opowiadali o "kobiecie w kulturach". Oczywiście na początku zgodziłem się z wielkim entuzjazmem, ale później, w miarę napływu coraz to nowych informacji, np. o ilości uczestników, coraz bardziej miękły pode mną kolana. W piątek nastąpiło apogeum, kiedy to po całym dniu pichcenia dojechaliśmy do Orzesza, gdzie pierwsze warsztaty miały miejsce, a ja z drżącymi kolanami i dłońmi i totalnie zaschniętym gardłem starałem się w półmroku [Ania i Piotrek prowadzili w tym czasie prezentacje] przyrządzić sos quacamole. Serce waliło mi jak dzwon Zygmunta niemalże, kiedy czułem na sobie baczne spojrzenia uczestniczek.
Jedną z przekąsek, którą zaserwowałem i pierwszego i drugiego dnia [tak! Był jeszcze drugi dzień!!!] były meksykańskie chimichangi czyli tortille z nadzieniem z warzyw i kurczaka obsmażone i zapieczone. Oryginalnie takie zawinięte tortille smaży się w głębokim oleju, ja pozwoliłem sobie na złagodzenie tej wersji i tylko obsmażyłem je szybciutko na patelni, a następnie zapiekłem po prostu w piekarniku.
Podobno chimichanga powstała w ten sposób, że pewnego pięknego dnia, kiedy pewien meksykański kucharz przygotowywał tortille z nadzieniem ta wpadła mu do frytury z gorącym olejem. Kucharz stwierdził, że a co mu tam – zostawi na chwilę i sobie to sam później zje. W międzyczasie przyszedł jego kolego i zapytał „co ty tam przygotowujesz?” na co nasz bohater nie tracąc rezonu szybko odpowiedział „Chimichanga” co ponoć znaczy „samfingmedżik”. Tyle legend i historyjek. A teraz przejdźmy do rzeczy.


Na ciasto na tortille [ok. 15 placków]

  • 2 łyżki masła
  • pół kilo mąki
  • ok.1/2 szklanki zimnej wody

Białko do sklejania.

Nadzienie:

  • Z 300g piersi z kurczaka
  • 1 cebula
  • Puszka fasoli
  • Puszka kukurydzy
  • Puszka pomidorów [w sezonie polecam świeże]
  • Kilka papryczek peperoni [mogą być takie ze słoika]
  • Chilli, sól, pieprz, papryka słodka.
  • 2 goździki, łyżeczka kminku mielonego.

Na sos quacamole:

  • 2 dojrzałe avocado
  • 1 ząbek czosnku
  • Pół cebuli
  • Sok z połowy cytryny\
  • Szczypta soli
  • Łyżeczka sosu tabasco
  • Dodatkowo można dodać:
  • Kolendrę, papryczkę chilli czy pomidorka.

Kurczaka gotujemy w niewielkiej ilości wody – solimy i doprawiamy do smaku.
W rondlu lub na patelni rozgrzewamy oliwę, smażymy na niej posiekaną cebulkę. Kiedy się zeszkli wrzucamy odsączoną fasolę i kukurydzę, po chwili duszenia razem dorzucamy posiekane papryczki peperoni i pomidorki. W moździerzu rozbijamy goździki, dodajemy kminek, i odrobinę chilli, ucieramy razem i dodajemy do warzyw. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i papryką słodką.
Kiedy wszystko się ugotuje zdejmujemy z ognia i odstawiamy na chwilę, żeby lekko przestygło.


Ciasto na tortillę zarabiamy bardzo prosto, do przesianej mąki wrzucamy masło i wyrabiamy razem, dodając po troszkę zimnej wody, aż ciasto będzie elastyczne, ale nie klejące się. Formujemy z niego kulkę i odkładamy na jakieś pół godziny do lodówki. Potem urywamy po kawałeczku, formujemy kuleczki o średnicy ok. 3-4 cm i każdą rozwałkowujemy na okrągłe placki. Placki wrzucamy na gorącą, nieprzywierającą patelnie i obsmażamy z dwóch stron – ok. minuty z każdej – tak, żeby powstały zrumienione bąble, ale jednocześnie, żeby ciasto nie było kruche i łamliwe. Do tak przygotowanych torilli na środek ładujemy łyżeczką nadzienie z warzyw i kurczaka, smarujemy po obwodzie białkiem, i zawijamy – najpierw jeden bok, przykrywamy go drugim, teraz przykrywamy częścią pozostałą z naszej strony i z tej naprzeciwko – takie paczuszki. Teraz każdą z nich obsmażamy na patelni z gorącym olejem. Najpierw wrzucamy w dół stroną ze złożeniami. Złociste przekładamy do naczynia żaroodpornego i zapiekamy w temp. Ok. 180 oC jakieś 20 min.

W tym czasie przygotowujemy quacamole – wydrążamy łyżką avocado. Avocado powinny być bardzo dojrzałe i miękkie – inaczej będziemy się bardzo męczyli drążąc je łyżką, a i smak nie będzie miał tego aromatu. Czosnek wyciskamy na talerzyk, posypujemy szczyptą soli. Kiedy Avocado mamy już wydrążone to rozcieramy je widelcem razem z czosnkiem i sokiem z cytryny [lub limonki] dodajemy drobniutko posiekaną cebulkę, sos tabasco i resztę składników – według uznania.

Chimichangi wykładamy na stół, do sosu wstawiamy nóż do smarowania, gdyż te zapiekane tortilki najlepiej smakują posmarowane z wierzchu zielonym quacamole.
Dobre, bardzo dobre nawet.


Ja na warsztaty z racji ilości przygotowałem wersje „mini” – czyli moje paczuszki miały wymiary ok. 4 x 8 cm. i to jest również fantastyczny pomysł na imprezę. Jeśli ktoś chce przygotować wersję obiadową, to oczywiście powinien zrobić większe placki, a co za tym idzie i paczuszki.
Szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się, że to będzie aż taki hit. I pierwszego i drugiego dnia to danie zeszło jako pierwsze.
Jutro napiszę wam o kolejnych przysmakach świata które zaserwowałem do opowieści Ani i Piotrka.

Ps. Tutaj możecie zobaczyć filmik z przepisem na chimichangi – niestety po Angielsku – ale polecam serdecznie.

PsII. Niestety w pośpiechu przygotowań i ogólnym zaaferowaniu nie strzeliłem żadnych fotek na miejscu, dlatego fotki zupełnie nie oddają atmosfery cateringowo-warsztatowej, za co serdecznie przepraszam. ;)

Opowiadamy o świecie
dodajdo.com

piątek, 15 stycznia 2010

Pudding z Yorkshire z frankfuterkami i skarmelizowaną cebulą.

W zeszłym roku zrobiłem wersję wegetariańską tego puddingu wyszła bardzo smacznie, pomyślałem sobie wtedy, że to takie fajne danie, że można by je przygotowywać znacznie częściej i wiecie co? Zapomniałem o tym! Przypomniało mi się wczoraj wieczorem.
Problem z Puddingiem z Yorkshire jest taki, że nie do końca wiadomo w który posiłek go wpasować, bo jest to z pewnością bardzo smaczne na śniadanie, ale z tym wiąże się jeden problem – zajmuje zdecydowanie za dużo czasu jak na śniadanie – ciasto trzeba przygotować ze 2 godziny wcześniej, a i samo danie robi się jak nic z pół godziny. Więc przyjmijmy, że jest to fantastyczna sprawa na drugie śniadanie, czy inny lunch, brunch czy co tam jeszcze.



Na ok. 4 - 6 porcji [zależy jakich kokilek użyjecie]

  • 2 jajka
  • 70 g mąki
  • 200 ml półtłustego mleka
  • Sól i pieprz.

Nadzienie:
  • 80g. masła
  • 1 duża cebula
  • Łyżeczka cukru
  • 3 frankfuterki
  • 4 oliwki
  • Szczypta harissy

  • Ok. 100ml oleju

Ciasto proste jak drut – toż to prawie ciasto naleśnikowe – roztrzepujemy jajka w misce, dodajemy stopniowo mąkę roztrzepując ją z jajkami, aż będzie w miarę jednolite. Cały czas mieszając trzepaczką dodajemy mleko. Doprawiamy solą i pieprzem i wstawiamy do lodówy na ok. 2 godziny. Ten czas jest bardzo potrzebny – ciasto ma zupełnie inną konsystencję, jest bardziej „napowietrzone” a tym samym znacznie bardziej się nadaje do naszych celów – dzięki temu nasze puddingi wyrosną w piekarniku jak grzyby po deszczu, a nie staną się małymi, zbitymi plackami.

W tym czasie można zrobić całą masę innych rzeczy – można wyrobić ciasto na chleb, posprzątać podłogi, można użerać się z drugim kuchcikiem, który cały czas ryczy i nie możemy odkryć o co mu właściwie w życiu chodzi [i tak już będzie do 18nastki, albo i dłużej], możemy zadumać się nad ogromem wszechświata i tajemnicą stworzenia, możemy [jeśli to noc] liczyć gwiazdy na niebie, możemy położyć się na podłodze i nie robić nic oprócz gapienia się w sufit… no cóż, możemy prawie wszystko.
A później…
A później nagrzewamy piekarnik na 220 oC, cebulę kroimy w cieniusieńkie pół-plasterki i dusimy ją w rondelku w którym najpierw roztopiliśmy 80g masła, na bardzo malutkim ogniu. To duszenie chwilkę zajmie – z 20 min. jak nic, a my w tym czasie spokojnie zajmujemy się pozostałymi sprawami, mieszając cebulkę tylko raz za czas.
A pozostałe sprawy to:
Do kokilek wlewamy po równo olej – rozsmarowując go również po ściankach. Ja mam kokilki o średnicy 7cm dlatego mi tego ciasta starczyło na 4 porcje. Jeśli ktoś ma trochę mniejsze to polecam właśnie takie – ciasta powinno starczyć na 6 porcji, jeśli nalejemy go prawie do pełna. Mniejszy rozmiar również pozwoli ciastu idealnie się upiec, przyznam szczerze, że moje są tak na granicy dobrze zrobionych.
Tak więc do nich wlewamy ten olej i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na ok. 4min. Kiedy olej zacznie dymić wlewamy do nich chochlą ciasto i wstawiamy do piekarnika na jakieś 25min. Puddingi powinny nam mocno wyrosnąć, być rumiane i chrupiące z wierzchu, natomiast ciasto w środku powinno być wciąż trochę miękkie.
W między czasie na patelence przesmażamy fraknfuterki doprawione harissą [lub po prostu ostrą papryką] na koniec dorzucamy posiekane oliwki.
Do duszącej się cebuli dodajemy pod koniec łyżeczkę cukru, karmelizujemy całość.

Kiedy minęło 25 min. wyciągamy szybko i zwinnie [jak ninja] puddingi z piekarnika a następnie z kokilek. Układamy na ciepłe talerze [ważne – inaczej od razu oklapną] a do środka ładujemy nadzienie.
Podajemy ciepłe.
Można jeszcze posypać odrobiną startego sera, jeśli ktoś lubi.



Kuchciki się cieszą, żona się cieszy, my się wkurzamy, bo zdjęcia nam nie wychodzą. W końcu ksywka „vj shaking hands” skądś się wzięła.

Ale przynajmniej żarcie dobre jak cholera!
dodajdo.com

piątek, 30 października 2009

Coxinha – brazylijskie pałeczki.

Przepis na to danie znalazłem dawno temu w jakiejś gazecie. Jako, że portugalski to akurat nie jest jeden z tych języków jakie doskonale znamy i wymówienie tej nazwy nie wydawało się nam możliwe dla przeciętnego mieszkańca krajów słowiańskich, więc w naszym domu potrawa ta zaczęła funkcjonować pod nazwą hoksi-koksi. Z resztą nie tylko nazwa rozpoczęła własne, nowe życie w naszym domu, również nadzienie ulegało przeróżnym modyfikacjom.
Ponoć po portugalsku coxinha to po prostu ten kawałek kurczaka, który my nazywamy dramstikiem [ekchm… my tak naprawdę nazywamy to podudziem, a anglojęzyczni nazywają to drumstick’iem ale już mniejsza o większość], natomiast moja znajoma która mieszka w Brazylii [pozdrowienia Agapol – jeśli czasem tu zaglądasz!] mówiła mi, że właściwie tego terminu używają oni jako nazwy na wszelkiego rodzaju małe przekąski, które kształtem przypominają taką pałeczkę.
Ja tam nie wiem. Wiem, za to, że to bardzo fajne danie, my jedliśmy je dzisiaj na obiad, ale tak naprawdę świetnie się nadaje jako przekąska lub przystawka, na różnego rodzaju imprezy, podana z dobrym dipem do maczania. Fajne i na ciepło i na zimno.


Porcja dla 2-3 osób:
  • 1 pierś z kurczaka
  • 1/2 niewielkiej cebuli, posiekane
  • 1 ząbek czosnku, posiekany
  • 3 łyżki masła
  • 1 kostkę rosołową
  • Sól, pieprz
  • 2 szklanki mąki
  • 1 duże jajko
  • 150 g. sera żółtego startego
  • 3 łyżki kwaśnej śmietany 18%
  • Natka pietruszki
  • Szczypiorek
  • Łyżeczka musztardy.
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • Bułka tarta
  • Olej do głębokiego smażenia

Kurczaka, cebulę, czosnek masło i kostkę rosołową [najlepiej jeśli macie swoje] wrzucamy do gara, wlewamy ze 2 szklanki wody i gotujemy aż kurczak będzie miękki. Oczywiście jeśli istnieje potrzeba doprawiamy solą i pieprzem [wszystko w tej kwestii zależy od waszej kostki rosołowej]. Kiedy kurczak jest mięciutki wyciągamy go i odkładamy na chwilę do ostygnięcia, a rosół przecedzamy i odmierzamy 2 szklanki czystego bulionu.
Pierś siekamy drobno, albo wrzucamy do takiego bziuuuka [ja z racji lenistwa wrzucam do bziuka].
Ser mieszam ze śmietaną, posiekaną natką i szczypiorkiem, dodaję łyżeczkę musztardy – nie za ostrej, nie chcemy, żeby zdominowała smak. Sól, pieprz, sok z cytryny. W ogóle to w oryginale chyba był tutaj biały serek czy twarożek, zamiast tych moich mieszanek– też bardzo fajnie to smakowało, więc również tą wersję polecam, gdyby się ktoś natknął.

2 szklanki bulionu zagotowujemy, i wsypujemy 2 szklanki mąki cały czas energicznie mieszając, gotujemy jeszcze z minutę, ciasto odstawiamy do ostygnięcia. Kiedy już będzie miało odpowiednią temperaturę, żeby żółtko się nie ścięło wrzucamy jedno duże żółteczko.
To są trochę zachwiane proporcje w tym przepisie – oryginalnie powinno być odpowiednio na 1,5 szklanki mąki 1,5 szklanki bulionu i 1 żółtko, na 3 szklanki jednego i drugiego 2 jajka, więc ważne jest, żeby używając moich proporcji mieć faktycznie duże jajo.

Ciasto możemy rozwałkować i wykroić z niego kółka, chociaż przyznam, że my po prostu odrywaliśmy małe kulki i na dłoni formowaliśmy okrągłe placuszki. Do środka każdego ładowaliśmy nadzienie z posiekanego kurczaka i masy serowej. My dla ułatwienia oczywiście zmieszaliśmy je razem. Więc nadziewamy, zlepiamy ciasto jak pierogi, i nadajemy całości kształt przypominający trochę te całe pałeczki.

Białko roztrzepujemy z odrobiną mleka, pałeczki obtaczamy w jajku i bułce tartej.
Smażymy w głębokim oleju parę minut, aż będą ładnie brązowe.


Tyle. Gotowe, na talerzu możemy skropić lekko cytryną lub limoną. Można też podać jakiś dip do maczania – wedle fantazji.
Fajne połączenie konsystencji – po przebiciu się przez chrupiącą skorupkę wgryzamy się w delikatny miąższ. Delikatny smak kurczaka bardzo fajnie komponuje się ze smakiem wywaru, który pozostał w cieście, dodatkowo podkreślony przez kwaśnawo-ostrawy smak nadzienia serowego.

dodajdo.com

sobota, 28 lutego 2009

Bułeczki afrodyzjakowe.

Właściwie, to jak je wymyśliłem to nazwałem je sobie roboczo cebulowo-serowe z lubczykiem, ale później pewien miły człowiek, którego tymi bułeczkami poczęstowałem dopytał się o skład i stwierdził, że to właściwie taki afrodyzjak.
Z afrodyzjakami to jest moim zdaniem tak, że kto w nie wierzy, na tego działają.
Ja dla swojego prywatnego użytku będę nadal stosował nazwę bułeczki cebulowo-lubczykowe, lub zielone bułeczki, ale jeśli was takie rzeczy kręcą, to możecie je sobie nazywać afrodyzjakowe.


Potrzebujemy:
2 czerwone cebule
2 ząbki czosnku
2 łyżeczki posiekanej natki pietruszki
Ze 3-4 łyżek posiekanego lubczyku
Ok. 100 g sera żółtego
Szklanka mąki pszennej
2 łyżki mąki żytniej żarnowej
50 g masła
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
1/4 szklanki wody
Sól, cumin, curry.

Dip:
0,5 szklanki jogurtu naturalnego
Kilka kropel sosu Worcester,
Kilka kropel sosu sojowego,
Szczypta curry
Płaska łyżeczka miodu gryczanego.

Cebulę i czosnek siekamy, ser żółty trzemy na tarce. Mieszamy wszystko razem z natką pietruszki i lubczykiem. Miksujemy wszystko razem na gładką masę doprawiając jednocześnie solą, ok. łyżeczką mielonego cuminu i szczyptą curry. Odstawiamy na chwilę do lodówki.
Rozgrzewamy piekarnik do 220 oC

Mąki mieszamy razem z proszkiem do pieczenia i szczyptą soli. Następnie dodajemy posiekane masło i wyrabiamy palcami aż się pozbędziemy grudek masła. Stopniowo dodajemy wodę wyrabiając aż ciasto będzie miało jednolitą konsystencje i będzie sprężyste.

Zieloną masę łączymy dokładnie z ciastem, aż uzyskamy spójną całość.
Formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego, i układamy na blasze wyłożonej pergaminem w równych odstępach.
Wkładamy do piekarnika i pieczemy ok. 30 min. po 10 zmniejszamy ogień, żeby bułeczki ładnie się zrumieniły z zewnątrz, a w środku upiekły.

Jogurt mieszamy z pozostałymi składnikami.


Bułeczki najlepiej smakują z dipem, ale same też są pyszne.
Najbardziej wyczuwalny jest smak lubczyku i cebuli. W konsystencji zaś od razu zauważymy obecność żółtego sera.
Świetna przekąseczka na domowe party.

dodajdo.com

środa, 25 lutego 2009

Oscypkowe ciasteczka

Ciasteczka, ale na słono – idealne dla wszystkich tych, którzy ze wszystkich słodyczy najbardziej lubią śledzie. Ale po podaniu ich z konfiturą borówkową stają się doskonałym deserem również dla wielbicieli słodkości.
Fantastyczna przekąska do chrupania przy poobiedniej herbatce.


Potrzebujemy:
450 g mąki,
150 g masła
125 ml ciepłej wody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
sól
ok. 120 g oscypka pokrojonego w pół plasterki
Olej do głębokiego smażenia.

Mąkę przesiewamy do sporej miski, mieszamy z szczyptą soli i proszkiem do pieczenia. Mniej więcej połowę masła siekamy drobno i dodajemy do mąki. Wyrabiamy rękami, wcierając dokładnie masło w mąkę, kiedy pozbędziemy się wszystkich grudek masła dolewamy po trochę wodę i wyrabiamy gładkie ciasto. Wyrabiamy jeszcze co najmniej 5 min. Wałkujemy na grubość ok. 3 mm.
Plasterki oscypka rozkładamy na cieście w równych odstępach – tak, żeby obok każdego zostało drugie tyle miejsca ile on sam zajmuje. Na każdy plasterek oscypka kładziemy jeszcze po kawałeczku masła.
Ciasto tniemy i składamy w taki sposób, żeby każdy plasterek zamknąć w środku. Zlepiamy brzegi i tworzymy takie poduszeczki z nadzieniem oscypkowym.


Smażymy we fryturze aż będą złoto-brązowe. Uwaga – zaraz po wrzuceniu nasze ciasteczka naprawdę staną się poduszkami, napuchną i wypłyną na wierzch, dlatego nie należy wrzucać zbyt dużej porcji, a te które wypłyną obracać na drugi bok.
Smażą się bardzo szybko – ok. minuty na porcję.

Najlepiej smakują podane na ciepło. Podajemy z konfitura z borówek.

Myślicie, że wyglądają dobrze?
To pikuś przy tym jak smakują!


To właściwie ostatnie moja propozycja na oscypek, a to dlatego, że po prostu oscypki się skończyły. Pomysłów było więcej, ale będą musiały zaczekać na następną okazję.
Resztkę oscypka zużyłem jeszcze do sosu do roladek kurczakowo-szpinakowych, ale to już tak przy okazji.
Tak więc mój własny festiwal oscypkowy uważam za zamknięty.
A będąc z natury skromnym człowiekiem muszę przyznać, że bardzo udany.
dodajdo.com

poniedziałek, 23 lutego 2009

Torciki szpinakowe nadziewane oscypkiem.

Lekko wykwintna przystawka. Robi się ją dosyć prosto, a zachwyca smakiem. Podana przed obiadem właściwym niesamowicie rozbudza smaki i oczekiwania gości.
I ja się im z resztą nie dziwię, bo wygląda świetnie, a smakuje jeszcze lepiej.



Potrzebujemy:
400 g szpinaku
1 jajko
Parę plasterków oscypka
2 średnie ząbki czosnku
1 cebula
Curry, sól, pieprz, starta gałka muszkatołowa
Łyżka śmietany 18%

Do sosu:
Łyżka masła
Łyżka mąki
Szklanka mleka
Sól, pieprz, gałka muszkatołowa
Trochę startego oscypka

Na patelni przesmażamy posiekaną cebulę, po chwili dodajemy czosnek. Kiedy cebula się zeszkli dodajemy szpinak. Jeśli używamy mrożonego najpierw go rozmrażamy i odcedzamy nadmiar wody, jeśli świeżego siekamy drobno. Smażymy razem odparowując, aż całość będzie konsystencji kremu – nie będzie już płynna, ale jeszcze nie będzie suchymi grudkami. W międzyczasie doprawiamy szczyptą curry, solą, pieprzem i sporą ilością startej gałki muszkatołowej. Dodajemy łyżkę śmietany, mieszamy całość i jeszcze raz zagotowujemy.
Odstawiamy do ostygnięcia.
Kokilki [foremki ceramiczne do zapiekania] smarujemy oliwą. Ja użyłem takich o średnicy 6 cm i głębokości 3, powinno wyjść wtedy ok. 6 porcji. Można oczywiście użyć innych rozmiarów.
Kiedy masa szpinakowa lekko ostygnie wbijamy do niej jedno jajko i dokładnie mieszamy, aż się połączy w spójną całość. Ładujemy do foremek. Uwaga – całość troszkę urośnie, więc nie ładujemy po same brzegi, bo nam wypłynie.
Torciki nadziewamy jeszcze pokrojonym w kostkę oscypkiem.
Całość wkładamy do piekarnika nagrzanego na 240 oC i zapiekamy ok. 20 min.

Robimy sos. Roztapiamy masło, dodajemy mąkę, przesmażamy chwilę. Dodajemy zimne mleko roztrzepując trzepaczką, aż się zagotuje. Wsypujemy oscypek i przyprawiamy.

Gotowe torciki wyciągamy z piekarnika. Kiedy trochę przestygną wyciągamy delikatnie z foremek. Układamy na talerzu, polewamy z góry sosem, obsypujemy startą gałką i pieprzem.
Podajemy ciepłe.



Muszę powiedzieć, że ta przystawka stała się hitem wieczoru i szczerze powiedziawszy troszkę się obawiałem, czy nie zawyżyłem poziomu przed podaniem dania głównego. Pomijając fakt, że goście nie bardzo chcieli przyjąć do wiadomości że to tylko przystawka i nie dość, że domagali się jeszcze, to jeszcze zmietli z talerzy wszystkie pozostałe resztki po dzieciach.
Na szczęście danie główne wytrzymało pokładane w nim nadzieje z godnością.
Ale o tym jutro.

foodelek: przepisy tygodnia
dodajdo.com

sobota, 7 lutego 2009

Śniadania, przekąski, przystawki

Jajka zapiekane w karczochach.

Rogaliczki z ciasta francuskiego z szynką.

Krem oscypkowy.

Poleśniki.

Jajka w koszulkach na podkładce z jabłka, boczku i sera.

Jajka sadzone na tostach z pieczarkami i z grillowanym brie.

ndyjskie Alu Kofty i przyprawa garam masala.

Meksykańska Chimichanga z sosem quacamole.

Jajka na chrupka kładzione na duszonej marchewce, polane sosem serowym.

Jajka w koszulkach na tartinkach z kiełbasą jałowcową.

Pudding z Yorkshire z frankfuterkami i skarmelizowaną cebulą.

Krem Łososiowy

Boczek, por, seler, śmietana - zapiekanka śniadaniowa.

Kiełbaski na piwie przeciw chorobie.

Coxinha – brazylijskie pałeczki

Prosta śniadaniowa pasta łososiowa

Jajka w koszulkach kładzione na tartinkach cukiniowych

aprawdę dobry smalec domowy.

Jajka na chrupko kładzione na duszonej cukinii i boczku

Jajka w koszulkach na cukinii, oblane sosem śmietanowym

Jajka zapiekane z fetą i łososiem

Sałatka z grillowanego ananasa i mango

Śniadaniowa sałatka parówkowa na ciepło.

Pasta z wędzonej makreli i czerwonej fasolki, oraz ratatuja

Jajka na chrupko na młodej rokiettcie

Parówki zapiekane w kruchym cieście.

BLT

Grillowane brzoskwinie na szynce szwarcwaldzkiej.

Pyszne grzanki śniadaniowe by olive and flour

Prosta sałatka z selera naciowego i brokułów.

Jajka w koszulkach na szczawiowym podkładzie.

Jajka w koszulkach z karmelem, ananasem i sosem curry.

Jajka zapiekane w pieczarkowych czapeczkach.

Krem pieczarkowy serwowany w bułeczkach

Jajka w koszulkach kładzione na cebulowych tartelkach

Śniadanie rolnika

Serowa biała jajecznica

Waniliowe jajka zapiekane

Selerowa frittata na śniadanie.

Śniadaniowo Gofrowo

Bułeczki afrodyzjakowe.

Oscypkowe ciasteczka

Torciki szpinakowe nadziewane oscypkiem

Śniadanie z oscypka

Omlet zawijany, czyli impresja na tajski omlet.

Egg benedict wg mnie

Na śniadanie smażeny syr

Parówki pieczone dla parówkowych skrytożerców

Jajka warszawskie

Jajka na chrupko z sałatką z rukoli.

Pudding z Yorkshire wersja wegetariańska.

Jajka w koszulkach na mango, skropione limoną.

Ptysie z nadzieniem szpinakowym

Jajka pieczone wg mnie
dodajdo.com

wtorek, 27 stycznia 2009

Parówki pieczone dla parówkowych skrytożerców


No cóż, trudno to śniadanie nazwać wykwintnym, ale jest:
- szybkie,
- proste
- bardzo, bardzo smaczne
Czyli – w sam raz na śniadanie. Dla wszystkich tych, którzy codziennie wsuwają na śniadanko gotowane parówy i czują już wewnętrznie, że potrzeba im jakiejś drobnej chociaż odmiany, ale nie wiedzą jak.
A na przykład tak.

Paróweczki nacinamy wzdłuż i do nacięcia wkładamy plasterki sera żółtego. Układamy parówki na kawałku folii aluminiowej, z wierzchu obkładamy posiekaną w plasterki cebulką, albo porem. Posypujemy czerwoną słodką papryką i obkładamy świeżą papryką. Owijamy folią, tak, żeby nie stykała się u góry z parówkami [żeby się ser nie przylepił] i wrzucamy do nagrzanego piekarnika na 10-15min.
Tyle. Mówiłem, że szybkie i proste.

Danie fajnie też się nadaje jako niezobowiązująca przekąseczka na małym domowym party a w sezonie można sobie je przyrządzić na grillu w ogrodzie.
Fajnie też poeksperymentować z dodatkami – można np. dorzucić posiekany czosnek, albo spróbować na styl śródziemnomorski z pomidorkami koktajlowymi, cebulką, czosnkiem, świeżymi ziołami, oliwą i fetą. Można pomyśleć o pieczarkach… w zasadzie możliwości są nieskończone. I najlepsze – nie da się tego zepsuć – simple cooking w czystej postaci. Uwielbiam takie śniadania, które nie wymagają ode mnie od razu z rana stawania na głowie, a jednocześnie zawsze wychodzą i zawsze są pyszne i dają dużo satysfakcji. No i pozwalają puszczać dowolnie wodzę wyobraźni i jeszcze lekko zaspanej kreatywności.

Aha, no i tym wpisem chciałem też oczywiście udowodnić, że na śniadania nie żywię się wyłącznie jajkami.
dodajdo.com

niedziela, 25 stycznia 2009

Jajka warszawskie

Wspaniałe śniadanie, które zawsze przygotowują dla mnie moi przyjaciele z Warszawy, kiedy u nich nocuję. Pozwoliłem sobie je dzisiaj odrobinę zmodyfikować, mam nadzieję, że się nie pogniewają.


Potrzebujemy:
Po 1 jajku na osobę
Po 1 toście na osobę
Po plasterku szynki
Kilka grubszych plastrów sera żółtego [np.emenataler]
Łyżka śmietany 18%
Szczypiorek
Majonez
Sól, pieprz.

Na małej patelence przesmażamy szyneczkę w plasterkach. Na drugiej robimy klasyczne jajka sadzone (czyli na patelnię z odrobiną oliwy wbijamy jajka, solimy i pozwalamy się im smażyć, możemy przykryć przykrywką, żeby lepiej się ścięły z wierzchu)

Przesmażone plasterki szynki odkładamy na talerzyk z papierowym ręcznikiem, żeby odsączyć tłuszcz, a na wolną patelenkę wrzucamy pokrojony w kosteczkę ser żółty, mieszamy co chwilkę, aż się roztopi.
Do tostera wkładamy tosty.
Do roztopionego sera żółtego dodajemy łyżkę śmietany, kilka kropel sosu Worcester i szczyptę pieprzu mielonego. Mieszamy dokładnie aż całość zgęstnieje.

Tosty smarujemy majonezem, na niego kładziemy plasterek szynki, jajko, polewamy z wierzchu sosem serowym i posypujemy posiekanym szczypiorkiem.
Voila!!
Ja najbardziej lubię takie z żółtkiem lekko tylko ściętym. Ale każdemu wg uznania.
Jeszcze aromatyczna kawa i tak właśnie zaczyna się wspaniały dzień.


Jesteście zaspani i nie chce się wam tyle bawić ze śniadaniem? Zróbcie oryginalną wersję: Tosty smarujemy majonezem, na to jajko sadzone, na wierzch cieniutki plasterek sera żółtego, żeby się sam lekko roztopił.
Równie pyszne.
dodajdo.com

sobota, 24 stycznia 2009

Jajka na chrupko z sałatką z rukoli.

Te jajka chodziły za mną od czasu jak dostałem na święta książkę Roux’a „jajka”. I od razu je sobie wymyśliłem właśnie tak – na sałatce z rukoli z boczkiem i cebulką, polane dresingiem z oliwy i soku z cytryny.


Będziemy potrzebować:
- Olej do smażenia
- 4 jajka [liczę po jajku na osobę]
- ok. 80 g rukoli [pół paczki]
- parę plasterków boczku
- 1 pomidor
- 1 -2 cebule dymki [biała część]
- sok z 1/2 cytryny
- z 5 łyżek oliwy z oliwek.
- sól.

Rukolę płuczemy i odkładamy do odsączenia, na patelence przesmażamy najpierw pokrojony w kosteczkę boczek, później razem z nim pokrojoną w plasterki cebulkę dymkę. Kroimy w kosteczkę pomidorka. Mieszamy wszystko razem.

W filiżaneczce lub miseczce mieszamy oliwę z sokiem z cytryny i odrobiną soli do smaku.

W garnku rozgrzewamy olej. Kiedy jest już gorący wlewamy do niego ostrożnie z filiżanki po 1 jajku i od razu zagarniamy [fot. 1 i 2]. Trochę jak przy jajkach w koszulkach z tym, że tutaj rzeczy dzieją się naprawdę szybko no i nie mamy się co łudzić, że uda nam się uzyskać piękną, obłą formę.


Jajka robią się naprawdę w ekspresowym tempie – wystarczy chwila i już jest ładnie zrumienione – takie wyciągamy na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem. Czynność powtarzamy z pozostałymi jajkami. Jeśli uda nam się zazębić te czynności ze sobą, żeby jajka nie stygły zbyt długo na talerzu w oczekiwaniu na kolejne, to byłoby idealnie.

Na talerze wykładamy sałatkę, na środku układamy jajko, całość skrapiamy dresingiem.
Prawda, że ładne?
A jakie smaczne!



dodajdo.com

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Pudding z Yorkshire wersja wegetariańska.


Przepis na tą fantastyczną przekąskę, lub przystawkę znalazłem u Roux'a, przy czym w oryginale był on z kiełbaskami chipolatas, a ja postanowiłem zaprezentować wersję bez mięska.

Będziemy potrzebować:
- 2 jajka
- 70 g mąki
- 200 ml półtłustego mleka
- Sól i świeżo zmielony pieprz.

- 50g masła
- 1 duża cebula
- trochę oliwy
- 3 spore pieczarki
- trochę startego sera żółtego
- szczypta cukru

Najpierw roztrzepałem jajka w misce, dodałem troszkę mąki. Roztrzepałem je razem – aż się zrobiło jednolite. Po trochu dodawałem resztę mąki, cały czas roztrzepując, żeby było gładkie. Wlałem mleko mieszając trzepaczką, doprawiłem solą i pieprzem.
Wygląda jak klasyczne ciasto na naleśniki – może trochę rzadsze.
Teraz całość trzeba włożyć gdzieś na 2 godziny do lodówki.

Po tym czasie, rozgrzałem piekarnik do 220ºC i zabrałem się za przygotowywanie nadzienia:
Posiekałem cebulę w cieniutkie pół-plasterki, a w rondelku rozpuściłem masło. Następnie wrzuciłem do niego cebulę i na bardzo małym ogniu dusiłem ją w tym maśle w sumie ok. pół godziny, mieszając średnio co 5 min, aż całkowicie zmiękła.

Biorę foremki do zapiekania. Ja użyłem takich o średnicy 7cm, ale myślę, że były one za duże – po pierwsze – w przepisie oryginalnym tego ciasta starczyło na 6 foremek, a mi tylko na 4, po drugie gotowe puddingi były z wierzchu mocno zrumienione, natomiast w środku były na granicy gotowego/surowego ciasta. Więc jeśli ktoś ma mniejsze foremki, to polecam mniejsze.
Nalewam do nich odrobinę oliwy [tyle, żeby tylko lekko zakryła dno] i wstawiam do rozgrzanego piekarnika na ok.5 min, aż tłuszcz zacznie dymić. Gdy się to stanie ciasto mieszam i chochlą wlewam do foremek – prawie do samych brzegów.
Wstawiam do piekarnika na jakieś 25 min. Aż do momentu, gdy pudding będzie rumiany i chrupiący, ale jednocześnie wciąż odrobinę miękki w środku.

W tym czasie na patelni przesmażam posiekane pieczarki, kiedy już dochodzą opruszam pieprzem i tymiankiem. Cebulę która już dochodzi posypuję cukrem i zwiększam ogień. Całość podsmażam, ciągle mieszając, aż lekko oblepi się karmelem.

Upieczony pudding wyciągam z foremek, parzę się odrobinę w palce, mamroczę pod nosem. Talerze miały być ciepłe, ale trochę o tym zapomniałem i teraz pudding zaczyna opadać w szybkim tempie. Do środka każdego z nich nakładam cebulkę i pieczarki, posypuję z wierzchu serem. Podaję jeszcze gorące. Wszyscy są zachwyceni taką przekąską, w ogóle nie zwracają uwagi, że puddingi opadły, co mnie trochę pociesza i wcinają, że hej. Po chwili puddingów nie ma. Szczęście, że zdążyłem fotki trzasnąć.

dodajdo.com

wtorek, 6 stycznia 2009

Jajka w koszulkach na mango, skropione limoną.


Będąc dzisiaj rano w sklepie znalazłem bardzo tanie mango i w ten sposób zrodził się w mojej głowie pomysł na śniadanie, które będzie kontrastowało z biało-mroźnym krajobrazem na zewnątrz.

Mango naciąłem na pół, a następnie giętkim nożem odkroiłem połówki od pestki, starając się przy tym jak najmniej zmasakrować przekrój samego owoca. Skropiłem połówki odrobinę sosem chili i sosem sojowym i zgrillowałem na niewielkim ogniu na patelni. Mango jest stosunkowo twarde, więc potrzebuje sporo czasu, żeby się ładnie zgrillowało. A robimy to na małym ogniu, żeby się nie przypaliło.

Jajka w koszulkach trzeba szybko ugotować.
Dlatego do garnka z jakimś litrem wody dodałem parę łyżek octu. Kiedy woda się zagotowała wlałem do niej, delikatnie najpierw jedno jajko. [fot.1] Nagarnąłem łyżką białko, które zaczęło pływać po całym garnku, tak, żeby zaczęło tworzyć coś bardziej zwartego. [fot.2] Z drugim jajkiem powtórzyłem czynność.


Jeśli znajdziecie gdzieś przepis w którym do wody na początek dodaje się soli – nie wierzcie mu! Jajko robi się przez to mniej spoiste. Wiem co mówię – kupę nerwów straciłem kiedyś próbując wykonać ten przepis i nigdy jajka mi nie wyszły ładnie.

Na patelence rozpuściłem ok. łyżki masła, dorzuciłem żółtego sera – jakieś 100g, pokrojonego w kosteczkę. Roztopiłem. Dodałem łyżkę śmietany i trochę pieprzu.

Na tej samej patelni grillowej, na której jest mango przesmażyłem jeszcze szybciutko po plasterku boczku.

Ułożyłem złociste mango na talerzach, posmarowałem każde ok. łyżeczką pikantnego sosu chilli, na to położyłem po plasterku boczku. Na wierzch wyłożyłem po jajku – obcinając łyżką o krawędź garnka wystające farfocle z białka i oblałem sosem serowym.

Całość skropiłem sokiem z ¼ limonki.
Voila!

Najlepiej smakuje z jakimś lekkim białym pieczywem, np. z tostem.
Wymarzonym ideałem byłyby do tego świeże croissants, ale niestety z braku możliwości nabycia takowych zadowoliłem się tylko dobrą kawą.

dodajdo.com
Blog Widget by LinkWithin