niedziela, 1 grudnia 2013

poznaJEMY

Kochani!
Po paru miesiącach rozmyślań/planowań i czasem pracy nad tym, ruszam z nowym projektem:
poznaJEMY!
A co będziemy poznawać?
PoznaJEMY kuchnię a przez nią całe regiony, krainy ich historię, kulturę, specyfikę życia.
Zaczynamy od regionu dawnego Księstwa Cieszyńskiego, dziś podzielonego pomiędzy dwa państwa. Poznamy specyfikę życia na pograniczu, historię i ciekawostki z tego regionu no i przede wszystkim pyszną kuchnię Śląska Cieszyńskiego, która przez lata wpływów różnych państw, kultur, narodowości zyskała niepowtarzalny charakter.

Zapraszam was zatem serdecznie do polubienia profilu:
https://www.facebook.com/poznajemy

do subskrypcji kanału:
http://www.youtube.com/channel/UCncJE3kFscsxjuLDYIk7txQ?feature=watch

i do odwiedzania strony:
http://poznajemy.com/

A ponieważ pewnie tęsknicie za ciepłym latem - więc pierwszym filmikiem przypominam wam gorący wakacyjny klimat, a przy okazji proponuję świetne burgery serowe:

dodajdo.com

niedziela, 27 stycznia 2013

Jajka w koszulkach, na sałatce z duszonych warzyw i wędzonego łososia.


Obudziłem się później niż zwykle, z dołu dobiegał właśnie trzask zamykanych drzwi. Powoli wstałem i podszedłem do okna. Znów padał śnieg. Na całkowicie białym tle odcinał się tylko czarny punkt naszego samochodu, który jako pierwszy tego dnia wyznaczał gdzie właściwie przebiega droga. Usiadłem z powrotem na łóżku, sięgnąłem po biblię, ale wersety zlewały się w jedno i po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że nie mam pojęcia co czytam. Przez chwile próbowałem się modlić, ale właściwie była to bardziej walka ze snem, niż sensowna rozmowa, zebrałem się wiec w sobie i powędrowałem do łazienki.
Pół godziny później stojąc w kuchni i wbijając jajka do wrzącej wody z sokiem cytrynowym nuciłem pod nosem:
The book of love is long and boring 
No one can lift the damn thing 
It's full of charts and facts and figures 
and instructions for dancing

Kinga tego dnia miała jeszcze do załatwienia kilka spraw w urzędach, po odstawieniu chłopaków do przedszkola, więc ja nieśpiesznie podduszałem warzywa na oliwie i nastawiałem kawę w ekspresie. Kiedy wreszcie dojechała ja akurat kończyłem układać jedzenie na talerzach. Usiedliśmy przy stole, naprzeciwko siebie. Ja patrzyłem w jej czerwone od mrozu policzki, ona w moje, pewnie jeszcze trochę zaspane oczy. Uśmiechaliśmy się do siebie przegryzając kolejne kęsy śniadania. A ja pod nosem nuciłem dalej:
„But I
I love it when you read to me”


  • 2 jajka
  • Sok z ½ cytryny 
  • 2 gałązki selera naciowego
  • 1 papryka
  • Kilka ząbków czosnku
  • Kilka kaparów
  • Kilka kawałków suszonych pomidorów
  • Papryka grillowana z zalewy
  • Pół cebuli
  • 1 kawałek fileta z łososia wędzonego na ciepło
  • 2 łyżki majonezu
  • Sól, pieprz.
  • Oliwa z oliwek

Jajka wbijamy do gotującej się wody z sokiem z cytryny [tak jak tutaj].
Posiekany seler, papryki, kapary, suszone pomidory i ząbki czosnku [w łupinkach], przesmażamy na oliwie, a następnie zmniejszamy ogień, żeby się poddusiły. 
Cebulę kroimy w piórka, mieszamy z podduszonymi warzywami, doprawiamy solą i pieprzem. Dodajemy kawałki łososia i majonez, układamy na talerzu na wierzchu kładąc jajka w koszulkach.

„The book of love is long and boring
And written very long ago
It's full of flowers and heart-shaped boxes
And things we're all too young to know”


*Peter Gabriel “The book of love”
dodajdo.com

piątek, 27 kwietnia 2012

French omlet z młodym czosnkiem. Po prostu.

Wrzuciłem ostatnią łopatę ziemi do taczek i wyprostowałem się, ostry ból przeszył plecy. Kilka miesięcy pracy wyłącznie przed komputerem daje o sobie znać. Na twarzy poczułem lekki wietrzyk, który przyniósł ze sobą zapach kwitnącej niedaleko mirabeli. Wciągnąłem go łapczywie pozwalając żeby świeży i słodki aromat całkowicie zagłuszył zapach spoconego ciała.
Rozejrzałem się dookoła, ogród zatapiał się w soczystej zieleni. W oddali Kinga sprzątała wielką górę gałęzi tnąc je rytmicznie wielkim żółtym sekatorem. Między nami biegali chłopaki wyrywając młode listeczki chrzanu rosnącego w nieregularnych kupkach pomiędzy trawą. Chyba właśnie wtedy pomyślałem sobie, że chociaż to trochę niepojęte, to czuję się tutaj zupełnie na miejscu. Nie muszę nikogo udawać, ani starać się komukolwiek czegokolwiek udowadniać. Nie musze nigdzie wyjeżdżać i poszukiwać. Owszem, często marzymy o podróżach, poznawaniu nowych miejsc, innej kultury i innych smaków, ale zawsze w tych marzeniach wracamy tutaj.
Achimek podbiegł do mnie i wręczył mi jaskrawo zieloną muszelkę od ślimaka, z brązowym paskiem układającym się w piękną spiralę.
 - Masz tato, to dla Ciebie. I dla mnie. To będzie nasza muszelka. Schowaj ją do kieszeni.
 - Dobrze synku. Dziękuję.
Sięgnąłem po kubek wody. Zimny płyn natychmiast złagodził drapanie w wyschniętym gardle a ja poczułem się całkiem szczęśliwy. Takie proste. Tak jak proste jest to, że Kinga kocha mnie a ja ją i oboje kochamy naszych chłopaków. Jak proste jest to że tam na górze, On kocha nas. Jak życie jest proste. Jak prosta jest miłość.

  • 4 jajka
  • Sól morska
  • Pieprz kolorowy
  • Kilka młodych czosnków wraz z listkami
  • Rozmaryn
  • Szczypta listków szałwii
  • Masło

Na patelni roztapiamy masło. Wrzucamy na nie oczyszczony z ziemi i korzonków czosnek. Posypujemy rozmarynem i listkami szałwii. Dusimy chwilkę razem, rumieniąc jednocześnie masło.

Na drugiej patelence roztapiamy masło i wylewamy na nie po 2 jajka roztrzepane z solą i zmielonym pieprzem. Poruszając patelnią podwijamy jeden koniec omleta.
Wysmażone omlety przekładamy na talerz na wierzchu układając czosnek, całość oblewając masłem z rozmarynem.
Takie proste. Jak miłość.


dodajdo.com

wtorek, 28 czerwca 2011

Kurczak z bakaliami, skórką pomarańczy i cytryną

Był mroźny styczniowy weekend, kiedy Wojtek odwiedził nas, po prawie roku nieobecności Siedzieliśmy do późna przy dwóch butelkach wina i rozmawialiśmy. Właściwie to ja słuchałem, jak on opowiadał o Tischnerze, o wędrówce ciemną doliną, która może doprowadzić do niezwykłego miejsca spotkania z wolnością, miłością i akceptacją. Pamiętam, poczułem się wtedy trochę jak dziecko, któremu ktoś opowiada piękną baśń – chwilami straszną, chwilami zapierającą dech w piersiach, ale o dobrym zakończeniu, odrobinę tylko przyprawionym nutką goryczy, przez co zresztą smak jest tylko pełniejszy. Kolejnego dnia zmęczony już zimą i tą jej przygnębiającą aurą wymyśliłem na obiad kurczaka z miodem, skórką pomarańczy i cytryną. Najedzeni do syta kontynuowaliśmy nasze rozmowy. Opowiedziałem mu wtedy historię, która bardzo go poruszyła.
Pewnego wieczora stary indiański mędrzec postanowił przekazać swemu wnukowi jedną z najistotniejszych prawd w jego życiu.

-
Walczą we mnie dwa wilki. Jeden z nich jest złośliwy, zawistny, zazdrosny. Jest smutny i zrozpaczony, chciwy i arogancki, użalający się nad sobą, zawstydzony, przepełniony poczuciem winy, próżny, zakompleksiony i egoistyczny, a przede wszystkim fałszywy i pełen kłamstwa. Drugi natomiast jest pełen miłości, radości i pokoju. Jest przesycony nadzieją, pokorą, współczuciem i odwagą. Jest pełen wiary i cieszy się z prawdy.
Wnuk zasępił się na chwilę, jego rozświetlona ogniskiem twarz migotała w rytm myśli przebiegających przez głowę. W końcu zdobył się na odwagę i zapytał:
- Który zatem zwycięży?

- Ten, którego karmię.


Po raz kolejny spotkaliśmy się w piękny majowy weekend i kiedy znów po dwóch dniach rozmów siedzieliśmy w niedzielne popołudnie w fotelach w ogrodzie, Wojtek nagle odezwał się:
- Wiesz, to niezwykłe – mój wujek miał takie same warunki – taki sam dom, kawałek ziemi, jakąś tam pracę – a jednak jego życie potoczyło się całkowicie tragicznie. Miłość, która wypełnia wasz dom, jest jednak niezwykła…
- Myślisz, że to dlatego, że my mamy czwór spadzisty dach a on nie miał?
- Hahaha, tak! „czwór spadzisty dach, jako czynnik predysponujący szczęśliwe życie i miłość rodzinną”.
Zwróciliśmy uśmiechnięte twarze do słońca i rozciągając się wygodniej w fotelach, karmiliśmy tylko jednego z wilków.

Fotografia: Wojtek Iskierka

  • 1 kurczak
  • 1 cytryna
  • Garść rodzynek
  • Garść suszonej żurawiny
  • Łyżka miodu
  • Skórka z jednej pomarańczy
  • Pół łyżeczki suszonego imbiru
  • Tymianek
  • Kilka goździków
  • Szczypta curry
  • Sól,
  • Pieprz,
  • Oliwa z oliwek.

Na patelence roztapiamy miód, dodajemy do niego startą skórkę z pomarańczy i imbir. Siekamy rodzynki i żurawinę, dorzucamy do miodu. Dusimy chwilę razem. Doprawiamy curry i tymiankiem do smaku.
Wypatroszonego i opłukanego kurczaka wypychamy bakaliowym nadzieniem, oraz niewielką cytryną z wbitymi w nią kilkoma goździkami. Z zewnątrz nacieramy kurczaka oliwą oraz solą, pieprzem i tymiankiem. Zapiekamy w piekarniku rozgrzanym do 210 °C, ok. 1,5 godziny - aż kurczak będzie gotowy.

Fotografia: Wojtek Iskierka

W mroźny styczniowy dzień było to coś, czym chcieliśmy się karmić.


dodajdo.com

środa, 19 stycznia 2011

Grillowana miruna na fasolowym podkładzie.

Tak, to był właśnie jeden z tych dni. Za oknem pogoda zaczęła się psuć, a ja wpadłem w melancholijny nastrój. Słodycze nie pomagały – na biurku piętrzył się już stosik patyczków od lizaków ukradzionych dzieciom. Gdyby żona zawołała mnie na obiad, siedziałbym dalej bez ruchu przed komputerem. Dopiero gdyby po trzecim razie sama przyszła mnie zaprosić do kuchni stwierdziłbym, że nie jestem głodny. Ale akurat tego dnia ja miałem przygotować dawno już zaplanowane danie.
Rozmrożona ryba połyskiwała blado na talerzu, a ja automatycznie przygotowując składniki nuciłem pod nosem:
"Vidím to jako dnes - šťastného sebe
ženu a děti a těšínské nebe
ještě že člověk nikdy neví
co ho čeká"*
ostatnie dwa wersy zapętlając i powtarzając sobie samemu jak jakąś starą prawdę ludową, o której się nie chce pamiętać.
Dwa dni później, po odwiezieniu pierwszego kuchcika do przedszkola, przejeżdżając przez most graniczny zobaczyłem, rześkie cieszyńskie niebo, rozświetlone porannym blaskiem. Przez lekką mgiełkę przebijały się kolorowe plamy starych kamienic pnących się do góry, jakby chciały udawać groźne mury obronne starego grodu. Ale kremowo – żółte kolory ścian i brunatne dachy na tle świetlistego błękitu zdradzały przyjazne usposobienie. Przypomniałem sobie wtedy to gotowanie i tą mirunę, która przecież wyszła bardzo smaczna i pomyślałem, że każda potrawa składa się z różnych smaków – słodkich i gorzkich, łagodnych i ostrych, a harmonia polega nie na wybraniu samych przypraw z najsłodszej nuty, ale na kompozycji przeplatającej wszystkie te barwy.

  • 0,5 kg filetów z miruny
  • 0,5 Pora
  • 2 niewielkie papryki [np. czerwona i zielona]
  • 4 ząbki czosnku
  • 2-3 pomidory obrane ze skórki
  • Po ok. 300 g fasoli czerwonej i białej [z puszki].
  • Sól
  • Pieprz
  • Cayene
  • Tymianek
  • Oliwa z oliwek
Na rozgrzaną oliwę wrzucamy ząbki czosnku w całości, w łupinkach. Po chwili dorzucamy posiekane w kostki papryki. Pomidory obieramy ze skórki i wydrążamy gniazda nasienne, miąższ siekamy w kostkę, dorzucamy do papryk. Fasole odcedzamy z zalew, w których się znajdują, przepłukujemy trochę zimną wodą i również wrzucamy do pozostałych warzyw dusząc je razem ok. 10-15 minut.

Filety z miruny oprószamy solą i pieprzem i układamy na rozgrzanej patelni grillowej, posypujemy z wierzchu posiekanym w półplasterki porem. Smażymy z dwóch stron po 2-3 minuty.


Z warzyw odławiamy czosnek i siekamy w plasterki. Resztę doprawiamy do smaku solą pieprzem, szczyptą pieprzu cayenne i tymiankiem [najlepiej świeżym], wykładamy na talerz.
Rybę układamy na duszonych warzywach, ozdabiamy z wierzchu porem i posiekanym czosnkiem. Wszystko skrapiamy lekko oliwą. Ja podałem również do tego rozetki ziemniaczane.

Fajne jest też to, że z blado połyskującej ryby wyszedł pełen kolorów obiad.

*Jaromir Nohavica - Tesinska
dodajdo.com

środa, 12 stycznia 2011

Świąteczne ciasteczka cieszyńskie

Nienawidziłem świąt. Co roku, na kilka dni przed wigilią zaczynałem marzyć o ucieczce do jednego z tych południowo-egzotycznych krajów, w których są one, co najwyżej nikłym odbiciem zachodniej „kultury” marketingowej. Uwikłanie w tradycję, więzi rodzinne i kulturowe konwenanse przynosiło jedynie wieczną frustrację i poczucie bezsensu. Bezsensu marnowania jedzenia, marnowania pieniędzy i ostatecznie marnowania czasu.
Aż pewnego poświątecznego poranka, siedząc z ukochaną nad kubkiem kawy i spoglądając na swoje zmęczone twarze, stwierdziliśmy, że nigdy więcej. Nie będziemy przed świętami uciekać do odległych krajów, ale tą luźną, nieformalną, zupełnie nieświąteczną atmosferę z tamtych miejsc przyciągniemy tutaj.
Tak też się stało a święta zaczęły naprawdę pachnieć świętami i co dziwne – naszymi, polskimi świętami – a my zaczęliśmy się tym zapachem rozkoszować. Zapachem czerwonego barszczu na zakwasie, zapachem sosu grzybowego do kluseczek z dziurką, zapachem ryby smażonej wolno na maśle i w końcu zapachem ciasteczek. I to nie jakichkolwiek ciasteczek, ale naszych, cieszyńskich. Kilku, czy nawet kilkunastu naszych ulubionych rodzajów, własnoręcznie lepionych.




Kawusie

  • 200 g cukru
  • 40 g masła
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżki kakao
  • 2-3 łyżki kawy

Cukier puder ucieramy z masłem na gładką masę - nam najłatwiej wyrabia się je po prostu rękami. Dodajemy żółtko, a następnie kawę i kakao – stopniowo – sprawdzając konsystencję – żeby masa nie wyszła zbyt krucha. Ucieramy razem aż będzie jednolita. Urywamy po kawałeczku ciasta toczymy z niego kuleczki, formując je następnie w kształt ziarenka kawy.

Bawole oczka


  • 40 g masła
  • 2 ugotowane żółtka
  • 150 g cukru pudru
  • 120 g kokosu
  • 2 łyżki rumu.
  • Rodzynki lub polewa czekoladowa do dekoracji.


Ugotowane na twardo żółtka przetrzeć przez sito i dodać do utartego cukru pudru z masłem. Dodać koks i rum. Formować małe kuleczki z dołkiem w środku, do dołka szerokości palca można dać rodzynka lub kleks z polewy czekoladowej.

Rogaliki orzechowe
  • 34 dag mąki
  • 24 dag margaryny lub masła
  • 12 dag cukru pudru
  • 10 dag mielonych orzechów

Wszystkie składniki wyrobić razem na kruche ciasto. Formować [lub wyciąć] małe rogaliki i piec ok. 10 min w temperaturze 180 °C, aż będą jasnozłote.

Półksiężyce kakaowe


  • 150 g cukru pudru
  • 150 g margaryny lub masła
  • 150 g mąki
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 jajka
  • 2 łyżki kakao

Lukier:
  • 200 g cukru pudru
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka rumu

Masło ucieramy z cukrem pudrem, dodajemy 3 żółtka, ucieramy dalej i dodajemy kakao.
Z białek ubijamy pianę. Do masy dodajemy na przemian pianę z białek, mąkę i proszek do pieczenia delikatnie mieszając. Całość wykładamy na wysmarowaną tłuszczem i posypaną mąką blachę i pieczemy w 180 °C przez 20 min.
Przygotowujemy lukier ucierając wszystkie składniki. Ciasto lukrujemy, po zastygnięciu wykrawamy kieliszkiem półksiężyce.


Przypuszczam, że gdyby On w ogóle chciał, żebyśmy obchodzili Jego urodziny i to w grudniu, pomimo, że najprawdopodobniej urodził się w środku lata, to nie zależałoby Mu na kulturowych konwenansach, ale na pewno nie przeszedłby obojętnie obok miski wypełnionej cieszyńskimi ciasteczkami.
A teraz, kiedy zdążyły się już przegryźć, smakują najlepiej.


Inne przepisy:
Orzechy lineckie.
Orzeszki składane

Filmik o ciasteczkach Cieszyńskich:
http://youtu.be/KBkTfjlUGIs

dodajdo.com

piątek, 31 grudnia 2010

Jajka zapiekane w karczochach.

Jak pachną karczochy?
To była pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, gdy zobaczyłem je w lokalnym dyskoncie, leżące pomiędzy innymi „egzotycznymi” warzywami i owocami, rzuconymi tutaj w przedświątecznym szale marketingowym.
Uwielbiam wąchać jedzenie. Czasem sprawia mi to większą przyjemność, niż sam proces spożywania. Zdarza się, że widzę zakłopotanie na twarzach restauratorów, kiedy przychodząc spisać ich przepis, do lokalnej gazety, pochylam się nad talerzem i zanim włożę pierwszy kęs do ust, wciągam powietrze nosem delektując się aromatem potrawy. Zupełnie jakby obawiali się, że ja sprawdzam w ten sposób świeżość ich popisowego dania.
Karczochy wpływały na moją wyobraźnię już od dawna – nawet swego czasu zasadziliśmy parę sztuk, z nadzieją, że uda nam się je wyhodować i wreszcie spróbować ich owianego tajemnicą (przynajmniej dla nas) aromatu. Niestety rośliny nie przetrwały zimy, więc nie zawiązał się cenny, jadalny kwiat, który pojawia się dopiero drugiego roku. Te kupione w sklepie nie pachniały jakoś szczególnie – po potarciu zewnętrznych płatków dało się jedynie wyczuć delikatny, lekko trawiasty aromat. Poczułem się zawiedziony i odłożyłem je na wierzch naszego niebieskiego pieca, zaraz obok butelek z oliwą. Po kilku dniach przypomniałem sobie o nich i postanowiłem zrobić z nich użytek na śniadanie. Po obcięciu ich zgodnie z instrukcjami znalezionymi w książkach i internecie wrzuciłem do leciutko osolonej wody z niewielkim dodatkiem soku z cytryny. Przykryłem pokrywką i usiadłem na kuchennym krześle z książką w ręku. Parę minut później znad książki wyciągnął mnie aromat unoszący się w całej kuchni – trochę przypominający świeżo wysuszone siano, trochę gotowane kolby kukurydzy – jakkolwiek by tego nie opisywać – zaczęło pachnieć końcówką lata. Nie wiem, czy sprawiły to karczochy, czy opis Toskańskich łąk przeczytany właśnie w książce, ale nagle nabrawszy pełne płuca ciepłego i wilgotnego powietrza zupełnie zapomniałem o półmetrowej warstwie śniegu za oknem. Wrześniowe, południowe słońce właśnie dziś zajrzało do mojej kuchni.


  • 4 karczochy
  • 4 jajka
  • Ok. 150 g. śmietany 18%
  • Ok. 100g. sera pleśniowego typu roquefort
  • Sól
  • Pieprz
  • Sok z cytryny
  • Oliwa z oliwek
  • Szczypta oregano
Karczochy najpierw obcinamy – odcinamy łodygi, zaraz u nasady, następnie odrywamy zeschnięte zewnętrzne płatki kwiatu, a pozostałe obcinamy nożyczkami usuwając kolczaste końcówki. Następnie cały kwiat obcinamy ok. 2 cm od góry. Miejsca cięć możemy posmarować sokiem z cytryny. Wrzucamy do lekko osolonej wody, wyciskamy sok z ćwiartki cytryny i gotujemy pod przykryciem ok. 20-30 minut aż zmiękną.

Ser pleśniowy kroimy w drobną kosteczkę, mieszamy ze śmietaną. Doprawiamy delikatnie solą. Kiedy karczochy się ugotują odsączamy je z wody, następnie delikatnie rozchylamy płatki i wyciągamy ze środka te najbardziej delikatne, pozostawiając jedynie samo serce kwiatu na dnie. Siekamy drobno wyciągnięte płatki i mieszamy ze śmietaną i serem. Takim nadzieniem faszerujemy każdego z karczochów, na wierzch wbijamy po jajku, oprószamy z góry pieprzem i oregano. Karczochy wkładamy do naczynia żaroodpornego, skrapiamy obficie oliwą i wrzucamy do piekarnika rozgrzanego na ok. 180 °C, na jakieś 15 – 20 minut, aż jajka się zetną. Możemy całość lekko przykryć folią aluminiową – to sprawi, że jajka dojdą szybciej, a kwiaty nie wyschną nam na wiór.

Wykładamy na talerz, skrapiamy jeszcze odrobinę oliwą i sokiem z cytryny.


Świetne – ostry aromat roqueforta fajnie równoważył delikatny smak karczochów. Po wyjedzeniu jajka odrywaliśmy grube płatki i maczając je w resztkach sosu śmietanowo serowego, zębami zdrapywaliśmy miąższ, który był siedliskiem smaku.

Karczochy pachną wrześniową łąką w słoneczny, gorący dzień.

dodajdo.com
Blog Widget by LinkWithin