> olive and flour

wtorek, 28 czerwca 2011

Kurczak z bakaliami, skórką pomarańczy i cytryną

Był mroźny styczniowy weekend, kiedy Wojtek odwiedził nas, po prawie roku nieobecności Siedzieliśmy do późna przy dwóch butelkach wina i rozmawialiśmy. Właściwie to ja słuchałem, jak on opowiadał o Tischnerze, o wędrówce ciemną doliną, która może doprowadzić do niezwykłego miejsca spotkania z wolnością, miłością i akceptacją. Pamiętam, poczułem się wtedy trochę jak dziecko, któremu ktoś opowiada piękną baśń – chwilami straszną, chwilami zapierającą dech w piersiach, ale o dobrym zakończeniu, odrobinę tylko przyprawionym nutką goryczy, przez co zresztą smak jest tylko pełniejszy. Kolejnego dnia zmęczony już zimą i tą jej przygnębiającą aurą wymyśliłem na obiad kurczaka z miodem, skórką pomarańczy i cytryną. Najedzeni do syta kontynuowaliśmy nasze rozmowy. Opowiedziałem mu wtedy historię, która bardzo go poruszyła.
Pewnego wieczora stary indiański mędrzec postanowił przekazać swemu wnukowi jedną z najistotniejszych prawd w jego życiu.

-
Walczą we mnie dwa wilki. Jeden z nich jest złośliwy, zawistny, zazdrosny. Jest smutny i zrozpaczony, chciwy i arogancki, użalający się nad sobą, zawstydzony, przepełniony poczuciem winy, próżny, zakompleksiony i egoistyczny, a przede wszystkim fałszywy i pełen kłamstwa. Drugi natomiast jest pełen miłości, radości i pokoju. Jest przesycony nadzieją, pokorą, współczuciem i odwagą. Jest pełen wiary i cieszy się z prawdy.
Wnuk zasępił się na chwilę, jego rozświetlona ogniskiem twarz migotała w rytm myśli przebiegających przez głowę. W końcu zdobył się na odwagę i zapytał:
- Który zatem zwycięży?

- Ten, którego karmię.


Po raz kolejny spotkaliśmy się w piękny majowy weekend i kiedy znów po dwóch dniach rozmów siedzieliśmy w niedzielne popołudnie w fotelach w ogrodzie, Wojtek nagle odezwał się:
- Wiesz, to niezwykłe – mój wujek miał takie same warunki – taki sam dom, kawałek ziemi, jakąś tam pracę – a jednak jego życie potoczyło się całkowicie tragicznie. Miłość, która wypełnia wasz dom, jest jednak niezwykła…
- Myślisz, że to dlatego, że my mamy czwór spadzisty dach a on nie miał?
- Hahaha, tak! „czwór spadzisty dach, jako czynnik predysponujący szczęśliwe życie i miłość rodzinną”.
Zwróciliśmy uśmiechnięte twarze do słońca i rozciągając się wygodniej w fotelach, karmiliśmy tylko jednego z wilków.

Fotografia: Wojtek Iskierka

  • 1 kurczak
  • 1 cytryna
  • Garść rodzynek
  • Garść suszonej żurawiny
  • Łyżka miodu
  • Skórka z jednej pomarańczy
  • Pół łyżeczki suszonego imbiru
  • Tymianek
  • Kilka goździków
  • Szczypta curry
  • Sól,
  • Pieprz,
  • Oliwa z oliwek.

Na patelence roztapiamy miód, dodajemy do niego startą skórkę z pomarańczy i imbir. Siekamy rodzynki i żurawinę, dorzucamy do miodu. Dusimy chwilę razem. Doprawiamy curry i tymiankiem do smaku.
Wypatroszonego i opłukanego kurczaka wypychamy bakaliowym nadzieniem, oraz niewielką cytryną z wbitymi w nią kilkoma goździkami. Z zewnątrz nacieramy kurczaka oliwą oraz solą, pieprzem i tymiankiem. Zapiekamy w piekarniku rozgrzanym do 210 °C, ok. 1,5 godziny - aż kurczak będzie gotowy.

Fotografia: Wojtek Iskierka

W mroźny styczniowy dzień było to coś, czym chcieliśmy się karmić.


dodajdo.com

środa, 19 stycznia 2011

Grillowana miruna na fasolowym podkładzie.

Tak, to był właśnie jeden z tych dni. Za oknem pogoda zaczęła się psuć, a ja wpadłem w melancholijny nastrój. Słodycze nie pomagały – na biurku piętrzył się już stosik patyczków od lizaków ukradzionych dzieciom. Gdyby żona zawołała mnie na obiad, siedziałbym dalej bez ruchu przed komputerem. Dopiero gdyby po trzecim razie sama przyszła mnie zaprosić do kuchni stwierdziłbym, że nie jestem głodny. Ale akurat tego dnia ja miałem przygotować dawno już zaplanowane danie.
Rozmrożona ryba połyskiwała blado na talerzu, a ja automatycznie przygotowując składniki nuciłem pod nosem:
"Vidím to jako dnes - šťastného sebe
ženu a děti a těšínské nebe
ještě že člověk nikdy neví
co ho čeká"*
ostatnie dwa wersy zapętlając i powtarzając sobie samemu jak jakąś starą prawdę ludową, o której się nie chce pamiętać.
Dwa dni później, po odwiezieniu pierwszego kuchcika do przedszkola, przejeżdżając przez most graniczny zobaczyłem, rześkie cieszyńskie niebo, rozświetlone porannym blaskiem. Przez lekką mgiełkę przebijały się kolorowe plamy starych kamienic pnących się do góry, jakby chciały udawać groźne mury obronne starego grodu. Ale kremowo – żółte kolory ścian i brunatne dachy na tle świetlistego błękitu zdradzały przyjazne usposobienie. Przypomniałem sobie wtedy to gotowanie i tą mirunę, która przecież wyszła bardzo smaczna i pomyślałem, że każda potrawa składa się z różnych smaków – słodkich i gorzkich, łagodnych i ostrych, a harmonia polega nie na wybraniu samych przypraw z najsłodszej nuty, ale na kompozycji przeplatającej wszystkie te barwy.

  • 0,5 kg filetów z miruny
  • 0,5 Pora
  • 2 niewielkie papryki [np. czerwona i zielona]
  • 4 ząbki czosnku
  • 2-3 pomidory obrane ze skórki
  • Po ok. 300 g fasoli czerwonej i białej [z puszki].
  • Sól
  • Pieprz
  • Cayene
  • Tymianek
  • Oliwa z oliwek
Na rozgrzaną oliwę wrzucamy ząbki czosnku w całości, w łupinkach. Po chwili dorzucamy posiekane w kostki papryki. Pomidory obieramy ze skórki i wydrążamy gniazda nasienne, miąższ siekamy w kostkę, dorzucamy do papryk. Fasole odcedzamy z zalew, w których się znajdują, przepłukujemy trochę zimną wodą i również wrzucamy do pozostałych warzyw dusząc je razem ok. 10-15 minut.

Filety z miruny oprószamy solą i pieprzem i układamy na rozgrzanej patelni grillowej, posypujemy z wierzchu posiekanym w półplasterki porem. Smażymy z dwóch stron po 2-3 minuty.


Z warzyw odławiamy czosnek i siekamy w plasterki. Resztę doprawiamy do smaku solą pieprzem, szczyptą pieprzu cayenne i tymiankiem [najlepiej świeżym], wykładamy na talerz.
Rybę układamy na duszonych warzywach, ozdabiamy z wierzchu porem i posiekanym czosnkiem. Wszystko skrapiamy lekko oliwą. Ja podałem również do tego rozetki ziemniaczane.

Fajne jest też to, że z blado połyskującej ryby wyszedł pełen kolorów obiad.

*Jaromir Nohavica - Tesinska
dodajdo.com

środa, 12 stycznia 2011

Świąteczne ciasteczka cieszyńskie

Nienawidziłem świąt. Co roku, na kilka dni przed wigilią zaczynałem marzyć o ucieczce do jednego z tych południowo-egzotycznych krajów, w których są one, co najwyżej nikłym odbiciem zachodniej „kultury” marketingowej. Uwikłanie w tradycję, więzi rodzinne i kulturowe konwenanse przynosiło jedynie wieczną frustrację i poczucie bezsensu. Bezsensu marnowania jedzenia, marnowania pieniędzy i ostatecznie marnowania czasu.
Aż pewnego poświątecznego poranka, siedząc z ukochaną nad kubkiem kawy i spoglądając na swoje zmęczone twarze, stwierdziliśmy, że nigdy więcej. Nie będziemy przed świętami uciekać do odległych krajów, ale tą luźną, nieformalną, zupełnie nieświąteczną atmosferę z tamtych miejsc przyciągniemy tutaj.
Tak też się stało a święta zaczęły naprawdę pachnieć świętami i co dziwne – naszymi, polskimi świętami – a my zaczęliśmy się tym zapachem rozkoszować. Zapachem czerwonego barszczu na zakwasie, zapachem sosu grzybowego do kluseczek z dziurką, zapachem ryby smażonej wolno na maśle i w końcu zapachem ciasteczek. I to nie jakichkolwiek ciasteczek, ale naszych, cieszyńskich. Kilku, czy nawet kilkunastu naszych ulubionych rodzajów, własnoręcznie lepionych.




Kawusie


  • 200 g cukru
  • 40 g masła
  • 1 żółtko
  • 2-3 łyżki kakao
  • 2-3 łyżki kawy

Cukier puder ucieramy z masłem na gładką masę - nam najłatwiej wyrabia się je po prostu rękami. Dodajemy żółtko, a następnie kawę i kakao – stopniowo – sprawdzając konsystencję – żeby masa nie wyszła zbyt krucha. Ucieramy razem aż będzie jednolita. Urywamy po kawałeczku ciasta toczymy z niego kuleczki, formując je następnie w kształt ziarenka kawy.

Bawole oczka


  • 40 g masła
  • 2 ugotowane żółtka
  • 150 g cukru pudru
  • 120 g kokosu
  • 2 łyżki rumu.
  • Rodzynki lub polewa czekoladowa do dekoracji.


Ugotowane na twardo żółtka przetrzeć przez sito i dodać do utartego cukru pudru z masłem. Dodać koks i rum. Formować małe kuleczki z dołkiem w środku, do dołka szerokości palca można dać rodzynka lub kleks z polewy czekoladowej.

Rogaliki orzechowe

  • 34 dag mąki
  • 24 dag margaryny lub masła
  • 12 dag cukru pudru
  • 10 dag mielonych orzechów

Wszystkie składniki wyrobić razem na kruche ciasto. Formować [lub wyciąć] małe rogaliki i piec ok. 10 min w temperaturze 180 °C, aż będą jasnozłote.

Półksiężyce kakaowe


  • 150 g cukru pudru
  • 150 g margaryny lub masła
  • 150 g mąki
  • 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3 jajka
  • 2 łyżki kakao

Lukier:
  • 200 g cukru pudru
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka rumu

Masło ucieramy z cukrem pudrem, dodajemy 3 żółtka, ucieramy dalej i dodajemy kakao.
Z białek ubijamy pianę. Do masy dodajemy na przemian pianę z białek, mąkę i proszek do pieczenia delikatnie mieszając. Całość wykładamy na wysmarowaną tłuszczem i posypaną mąką blachę i pieczemy w 180 °C przez 20 min.
Przygotowujemy lukier ucierając wszystkie składniki. Ciasto lukrujemy, po zastygnięciu wykrawamy kieliszkiem półksiężyce.


Przypuszczam, że gdyby On w ogóle chciał, żebyśmy obchodzili Jego urodziny i to w grudniu, pomimo, że najprawdopodobniej urodził się w środku lata, to nie zależałoby Mu na kulturowych konwenansach, ale na pewno nie przeszedłby obojętnie obok miski wypełnionej cieszyńskimi ciasteczkami.
A teraz, kiedy zdążyły się już przegryźć, smakują najlepiej.


Inne przepisy:
Orzechy lineckie.
Orzeszki składane

dodajdo.com

piątek, 31 grudnia 2010

Jajka zapiekane w karczochach.

Jak pachną karczochy?
To była pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, gdy zobaczyłem je w lokalnym dyskoncie, leżące pomiędzy innymi „egzotycznymi” warzywami i owocami, rzuconymi tutaj w przedświątecznym szale marketingowym.
Uwielbiam wąchać jedzenie. Czasem sprawia mi to większą przyjemność, niż sam proces spożywania. Zdarza się, że widzę zakłopotanie na twarzach restauratorów, kiedy przychodząc spisać ich przepis, do lokalnej gazety, pochylam się nad talerzem i zanim włożę pierwszy kęs do ust, wciągam powietrze nosem delektując się aromatem potrawy. Zupełnie jakby obawiali się, że ja sprawdzam w ten sposób świeżość ich popisowego dania.
Karczochy wpływały na moją wyobraźnię już od dawna – nawet swego czasu zasadziliśmy parę sztuk, z nadzieją, że uda nam się je wyhodować i wreszcie spróbować ich owianego tajemnicą (przynajmniej dla nas) aromatu. Niestety rośliny nie przetrwały zimy, więc nie zawiązał się cenny, jadalny kwiat, który pojawia się dopiero drugiego roku. Te kupione w sklepie nie pachniały jakoś szczególnie – po potarciu zewnętrznych płatków dało się jedynie wyczuć delikatny, lekko trawiasty aromat. Poczułem się zawiedziony i odłożyłem je na wierzch naszego niebieskiego pieca, zaraz obok butelek z oliwą. Po kilku dniach przypomniałem sobie o nich i postanowiłem zrobić z nich użytek na śniadanie. Po obcięciu ich zgodnie z instrukcjami znalezionymi w książkach i internecie wrzuciłem do leciutko osolonej wody z niewielkim dodatkiem soku z cytryny. Przykryłem pokrywką i usiadłem na kuchennym krześle z książką w ręku. Parę minut później znad książki wyciągnął mnie aromat unoszący się w całej kuchni – trochę przypominający świeżo wysuszone siano, trochę gotowane kolby kukurydzy – jakkolwiek by tego nie opisywać – zaczęło pachnieć końcówką lata. Nie wiem, czy sprawiły to karczochy, czy opis Toskańskich łąk przeczytany właśnie w książce, ale nagle nabrawszy pełne płuca ciepłego i wilgotnego powietrza zupełnie zapomniałem o półmetrowej warstwie śniegu za oknem. Wrześniowe, południowe słońce właśnie dziś zajrzało do mojej kuchni.


  • 4 karczochy
  • 4 jajka
  • Ok. 150 g. śmietany 18%
  • Ok. 100g. sera pleśniowego typu roquefort
  • Sól
  • Pieprz
  • Sok z cytryny
  • Oliwa z oliwek
  • Szczypta oregano
Karczochy najpierw obcinamy – odcinamy łodygi, zaraz u nasady, następnie odrywamy zeschnięte zewnętrzne płatki kwiatu, a pozostałe obcinamy nożyczkami usuwając kolczaste końcówki. Następnie cały kwiat obcinamy ok. 2 cm od góry. Miejsca cięć możemy posmarować sokiem z cytryny. Wrzucamy do lekko osolonej wody, wyciskamy sok z ćwiartki cytryny i gotujemy pod przykryciem ok. 20-30 minut aż zmiękną.

Ser pleśniowy kroimy w drobną kosteczkę, mieszamy ze śmietaną. Doprawiamy delikatnie solą. Kiedy karczochy się ugotują odsączamy je z wody, następnie delikatnie rozchylamy płatki i wyciągamy ze środka te najbardziej delikatne, pozostawiając jedynie samo serce kwiatu na dnie. Siekamy drobno wyciągnięte płatki i mieszamy ze śmietaną i serem. Takim nadzieniem faszerujemy każdego z karczochów, na wierzch wbijamy po jajku, oprószamy z góry pieprzem i oregano. Karczochy wkładamy do naczynia żaroodpornego, skrapiamy obficie oliwą i wrzucamy do piekarnika rozgrzanego na ok. 180 °C, na jakieś 15 – 20 minut, aż jajka się zetną. Możemy całość lekko przykryć folią aluminiową – to sprawi, że jajka dojdą szybciej, a kwiaty nie wyschną nam na wiór.

Wykładamy na talerz, skrapiamy jeszcze odrobinę oliwą i sokiem z cytryny.


Świetne – ostry aromat roqueforta fajnie równoważył delikatny smak karczochów. Po wyjedzeniu jajka odrywaliśmy grube płatki i maczając je w resztkach sosu śmietanowo serowego, zębami zdrapywaliśmy miąższ, który był siedliskiem smaku.

Karczochy pachną wrześniową łąką w słoneczny, gorący dzień.

dodajdo.com

niedziela, 26 grudnia 2010

2 letnie śniadanie. Rogaliczki z ciasta francuskiego z szynką.

Pamiętam bardzo dobrze tamten świąteczny poranek 2 lata temu. Cały dom jeszcze spał, kiedy zszedłem do wysprzątanej i spokojnej kuchni, postanowiłem wtedy, że zrobię jajka zapiekane, a w trakcie ich robienia coś mnie tknęło, żeby może zrobić kilka zdjęć. Wieczorem powstał z tego pierwszy wpis i zacząłem swoją przygodę z Olive&Flour.
Dzisiejszy poranek w niczym nie przypominał tamtego. Pomimo, że wczoraj miałem świetny dzień – po raz pierwszy od wielu miesięcy delektowałem się tym, że nic nie muszę, popijałem whisky czytając książkę i słuchając nowej płyty. Jednak dzisiaj obudziłem się z tym okropnym uczuciem, które towarzyszyło mi każdego ranka przez ostatnie kilka miesięcy – że jestem spóźniony, że się nie wyrobię, że jest tyle rzeczy do zrobienia, a ja znów jestem w plecy i być może jeszcze tego nie widać, ale ja już to wiem i na pewno lada moment wyjdzie na jaw, że znów nawaliłem. Zszedłem na dół do kuchni, w której panował bałagan – po podłodze walały się naczynia z zabawkowej kuchenki, którą dostały pod choinkę kuchciki, w zlewie piętrzyły się wczorajsze gary. Zaraz za mną wbiegli chłopaki robiąc przy okazji straszny hałas i waląc swoimi nowymi hokejkami, w co popadnie. W kuchni stała moja najmilsza próbując przygotować mi moje ulubione śniadanie – jajka w koszulkach. A ja będąc już i tak podirytowany stwierdziłem, że się to ciut kłuci z moją koncepcją śniadania. Co gorsza właśnie wtedy spostrzegłem, że piekarnik jest nagrzany a w nim siedzi kaczka, którą wczoraj w nocy zamarynowałem w winie a którą chciałem jeszcze przed wsadzeniem do pieca obłożyć jabłkami i doprawić. Powiedziałem więc mojej najmilszej, że po co to już załączyła, że przecież nikt jej nie prosił i jeszcze parę innych ciepłych słów, takich jakie to tylko kochający mąż potrafi powiedzieć swojej ukochanej żonie w świąteczny poranek.
No i się zrobiło przykro. I żonie i mi w sumie też, bo przecież to zupełnie nie tak miało wyglądać.
I wszystko miało wyglądać inaczej i blog miał się zapełniać nowymi wpisami minimum, co drugi dzień i miałem wreszcie zacząć się ze wszystkim wyrabiać i przestać w końcu żyć w chaosie, miotając się od jednej rzeczy do drugiej. Ale cóż, kiedy jest jak widać inaczej.

„I gdy myślę o niej teraz, uświadamiam sobie, że na pewno miała swoje zmartwienia. Ale znalazła sposób na to, by jej życie mimo wszystko było piękne, tak jak tamtego popołudnia. Przyszło jej to tak samo łatwo, jak wyciągnięcie z kieszeni tej srebrnej flaszeczki. To był jej dar dla mnie. Pokazała, że szczęście jest kwestią wyboru.
- Myślisz, że tak naprawdę jest? Szczęście się wybiera?
- Przeważnie. A przynajmniej znacznie częściej niż wielu z nas sobie to uświadamia.”*

Razem zrobiliśmy śniadanie - jajka w koszulkach z sosem serowym, podane z rogaliczkami z ciasta francuskiego z szynką.


  • Po 1 jajku na osobę
  • 2 łyżki octu
  • Garść pokrojonej w kosteczkę goudy
  • Garść pokrojonego w kosteczkę brie
  • Łyżka śmietany 18%
  • Łyżeczka masła.
  • Szczypta tartej gałki muszkatołowej.
  • Sól,
  • pieprz.
  • Płat ciasta francuskiego
  • 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • 1 łyżeczka oliwy z oliwek
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku.
  • Kilka plastrów domowej szynki.
  • 1 żółtko.
  • Masło do wysmarowania blachy.
Ciasto kroimy poprzecznie w długie trójkąty – o podstawie ok. 5 cm. Smarujemy mieszaniną koncentratu z oliwą i tymiankiem. Następnie na każdym, przy podstawie układamy niewielki plasterek cieniutko pokrojonej szynki domowej i zawijamy trójkąty lekko rozciągając boki. Gotowy rogalik lekko doginamy w księżyc. Smarujemy żółtkiem, układamy na natłuszczonej blaszce i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do jakichś 180°C na ok. 15 minut.

Jajka wbijamy pojedynczo do filiżanki, wodę z dodatkiem octu zagotowujemy, aż zacznie wrzeć, następnie zmniejszamy ogień, czekamy aż woda lekko się uspokoi i wtedy wlewamy jajo z filiżanki od razu zagarniając łyżką, aby powstał kulisty kształt. Gotujemy jeszcze jakieś 2 minuty.
Na patelni roztapiamy masło, dodajemy pokrojone w kosteczkę sery, mieszamy cały czas, aż sery się rozpłyną, dodajemy łyżkę śmietany. Cały czas mieszając dusimy, aż śmietana się zredukuje i całość nabierze konsystencji sosu. Doprawiamy szczyptą startej gałki muszkatołowej, solą i pieprzem.
Jajka wykładamy na plaster wędliny, polewamy z wierzchu sosem, podajemy razem z ciepłymi rogaliczkami.


Razem zrobiliśmy, razem zjedliśmy, uśmiechając się do siebie znad talerzy, bo szczęście przeważnie się wybiera.

* Marlena de Blasi, Tysiąc dni w Toskanii.

dodajdo.com

niedziela, 7 listopada 2010

Potrawka z kurczaka ze skorzonerą.

To już ostatni wpis w ramach akcji „gotujemy po polsku", której patronuje serwis Z pierwszego tłoczenia, ale dania inspirowane kuchnią polską znajdziecie u mnie i poza tą akcją. Bo nasze tradycje kulinarne są zdecydowanie inspirujące.
Tak jak przepis z którego dziś czerpałem – oryginalnie przepis na kurczaka ze szparagami. Ja jednak postanowiłem zamienić szparagi na skorzonerę – o której pisałem już rok temu , samą potrawkę postanowiłem zagęścić śmietaną, zamiast mąką i masłem a całość ożywić poprzez dodatek szpinaku.



  • 1 podwójna pierś z kurczaka
  • Ok. 200g. skorzonery
  • 1 duża marchewka
  • 1 pietruszka
  • Ćwierć średniego selera
  • Garść posiekanego pora.
  • Łyżka oleju do smażenia
  • Sól
  • Pieprz
  • 300g. śmietany 18%
  • 250 ml. rosołu drobiowo-warzywnego
  • Ok. 100 g. liści szpinaku
  • Łyżka masła
  • 2 ząbki czosnku

Do rondla na rozgrzany olej wrzucamy pierś z kurczaka w całości i pokrojoną włoszczyznę [marchewka, pietruszka, seler, por] chwilkę razem przesmażamy na oleju, aż mięso będzie białe z obydwu stron, a warzywa zaczną lekko mięknąć – wtedy podlewamy rosołem, wrzucamy obraną skorzonerę, doprawiamy solą i dusimy razem na niewielkim ogniu aż warzywa będą miękkie.
Gotowe mięso wyciągamy z garnka i odkładamy na bok, następnie wyciągamy wszystkie warzywa – włoszczyznę siekamy drobniutko, natomiast skorzonerę zostawiamy w całości.
Do wywaru wrzucamy posiekane warzywa i dolewamy 300 ml. śmietany 18%, zagotowujemy całość i wkładamy spowrotem mięso pokrojone w plastry o grubości ok. 1 cm. dorzucamy skorzonerę i razem dusimy na małym ogniu jeszcze kilka minut.
W tym czasie na patelni roztapiamy łyżkę masła, wrzucamy posiekany czosnek i szpinak. Smażymy kilka minut, doprawiamy solą i pieprzem.
Na talerz wykładamy skorzonerę w całości, kładziemy na nią plastry mięsa, które polewamy z wierzchu obficie sosem z warzywami i posypujemy świeżo zmielonym pieprzem.
Obok układamy szpinak.



Bardzo, bardzo smaczne – mięso jest delikatne, smaki warzywne świetnie ze sobą współgrają. Skorzonera, która w smaku trochę przypomina szparagi nabrała fajnych warzywno – śmietanowych aromatów. Szpinak super orzeźwia całość dania i nadaje mu charakteru.
No i zaskakująco sycące.

Gotujemy po polsku!

dodajdo.com

Krem oscypkowy.

Tak, proszę państwa, oscypek – polska duma narodowa, więc nie mogło go zabraknąć na akcji „gotujemy po polsku" której patronuje serwis Z pierwszego tłoczenia. Leżały te małe oscypeczki w lodówce i się prosiły, żeby coś z nimi zrobić, a jako, że jeszcze nam zostało kaczki z wczoraj , więc poszukiwałem czegoś bardziej na przystawkę, starter, zupę czy danie pierwsze. I w ten sposób wymyśliłem strasznie fajny krem oscypkowy.


  • 0,5 selera
  • 5 małych oscypków
  • Łyżka masła
  • 200 ml. śmietany 30%
  • 300 ml śmietany 18%
  • Łyżeczka chrzanu tartego
  • Sól,
  • Pieprz.

Selera kroimy w drobne słupki lub julieny, i dusimy na maśle aż zmięknie. Dolewamy śmietanę 30%, chwilkę razem gotujemy, dodajemy posiekane drobno oscypki. Gotujemy razem aż oscypki zaczną się roztapiać, a śmietana zgęstnieje do konsystencji sosu. Dodajemy śmietanę 18% i łyżeczkę chrzanu tartego. Na bardzo małym ogniu gotujemy jeszcze jakieś 5 min aż większość oscypków będzie miękka lub się po prostu roztopi. Doprawiamy solą i pieprzem.


Ja zrobiłem miseczki z ciasta kruchego i w nich podałem krem – fajnie to razem wyglądało, a i smakowało razem nieźle. Chrzan świetnie orzeźwia mocny smak oscypka, seler go dopełnia a w ustach zostaje śmietanowo – maślany posmak.


Nawet moja żona, która oscypka jakoś specjalnie nie uważa, stwierdziła, że bardzo smaczne i sobie 3 razy dolewała, ja z resztą podobnie. Tej kaczki wczorajszej znów nie dojedliśmy do końca.

Gotujemy po polsku!

Ps. Przepraszam, że zdjęcia są takie „za mgłą” ale dopiero teraz zauważyłem, ze któryś kuchcik bawił się aparatem i cały obiektyw pięknie wypalcował.

dodajdo.com
Blog Widget by LinkWithin