piątek, 23 stycznia 2009

Grzaniec Piwny, na chorobę.

Wreszcie po tygodniu wyczerpującej walki podjazdowej stanęli naprzeciwko siebie twarzą w twarz. Po nim było widać zmęczenie, stał na drżących kolanach, z opuszczonymi bladymi rękoma, i pochyloną, obolałą głową. Miał dość tego tygodnia w którym ona robiła wszystko, żeby zaszkodzić jemu i jego rodzinie. Za to ona wyglądała jakby to wszystko było dopiero rozgrzewką, lekką przebieżką przed głównym, decydującym biegiem. Stali tak naprzeciwko siebie dobrą chwilę. Widząc jego mizerną postać ona coraz bardziej umacniała się w przekonaniu o swoim tryumfie.
Wtedy on powoli podniósł głowę, i wyprostował się. Popatrzył jej prosto w ślepia. Na jego rozedrganej jeszcze przed chwilą twarzy wszystkie mięśnie ułożyły się w stateczny obraz i pojawił się dziwny, pół dziki uśmiech.
Po raz pierwszy poczuła wtedy, że traci pewność siebie.

Jego usta rozchyliły się, a oczy błysnęły i rzucił krótkie:
Let’s dance!!!



Grzaniec piwny zrobiłem z wykorzystaniem pewnego sekretu, który zdradził mi kiedyś mój przyjaciel – jeśli chcesz uzyskać naprawdę silny, korzenny smak nie wrzucaj nigdy przypraw bezpośrednio do wina lub piwa. Zagotuj je najpierw w osobnym naczyniu i dopiero tą esencję przez siteczko wlej do właściwego napoju, podgrzej i tak podawaj. Zyskasz w ten sposób mocny, odrobinę zmieniony, smak a pozbędziesz się denerwujących farfocli pływających zawsze na dnie kufelka.
Do mojego grzańca wykorzystałem jeszcze jeden sekret, który może być znacznie trudniej dostępny – mianowicie przyprawy zagotowałem, w cydrze domowej roboty. Jeśli jednak takiego nie macie [a nie spodziewam się, żebyście go mieli] możecie użyć np. piwa imbirowego, albo po prostu zagotować przyprawy we wodzie, tylko użyjcie jej stosunkowo mniej, żeby na koniec nie rozcieńczać za bardzo piwa.

W garnuszku umieściłem łyżeczkę miodu, wraz z rozbitymi w moździerzu: 6-cioma goździkami, 1 zielem angielskim, 3 ziarnkami czarnego pieprzu i szczyptą ziaren anyżu. Dodałem szczyptę startej gałki muszkatołowej i cynamonu. Powinno się jeszcze teraz dodać imbir, ja jednak go nie dodałem, ponieważ mój cydr jest bardzo imbirowy, wy jednak to zróbcie. Kiedy miód się rozpuścił wlałem pół litra cydru i na małym ogniu gotowałem dosyć długo, aż płyn zredukował swoją objętość ponad połowę.
Do nowego garnka przelałem ostrożnie przez drobne siteczko esencję. Dolałem jedno jasne piwo [jeszcze tydzień czeski się nie zaczął, ale mogę zdradzić, że piwo było czeskie] dosłodziłem jeszcze łyżeczką miodu i wycisnąłem trochę soku z cytryny, do smaku.
Całość podgrzałem, pilnując bardzo dokładnie, żeby tym razem już się nie zagotowało.
Jeszcze gorące [no dobra – bardzo ciepłe] wypiłem.
I to było piękne.


Dookoła rozciągał się wspaniały krajobraz, słońce wyszło właśnie z za chmur, rzucając nieśmiało swoje promyki na pokonane ciało choroby; zupełnie tak, jakby bało się, że jeszcze niechcący może ją wskrzesić.
Jej jednak już nie było.
Na horyzoncie dało się dostrzec jego postać. Wstał i szedł z dumnie podniesioną głową. Oto przybliżyło się uzdrowienie jego.
dodajdo.com

3 komentarze:

Aleksandra pisze...

Brzmi cudownie! Aż poczułam zapach tego grzańca... a czy z piwa bezalkoholowego też można takie cudo zrobić? ;)

mico pisze...

Hmm... w zasadzie pewnie tak, problem polega na tym, ze większość piw bezalkoholowych ma kiepski smak. Ale tutaj znów mogę polecić czeskie piwo - Radegast - ma piwo bezalkoholowe, najlepsze jakie kiedykolwiek piłem - z niebieską etykietką. Niestety chyba niedostępne na naszym rynku. Tak czy siak - gdybyś próbowała, to daj znać jak wyniki tego eksperymentu. ;)

Anonimowy pisze...

Chciałabym zrobić grzańca piwnego dla mojego taty w prezencie, zastanawiam się jaki jest termin przydatności takiego grzańca. Pozdrawiam :)

Blog Widget by LinkWithin